Thy Worshiper – Klechdy (2016)

thy

Pochodzę z małej wsi spod Sieradza. Naokoło tylko pyrki i kapusta. Zaraz po roztopach na polach znowu robi się biało, bo pyrki trzeba przykryć agrowłókniną, żeby szybciej urosły i nie zmarzły po zasadzeniu na początku marca. Gdy nie pada, okoliczni gospodarze sami sobie robią deszcz, na co drugim polu wykopana jest studnia. Na podwórkach traktory po 150 tysięcy złotych: Lamborghini, New Hollandy, John Deery. Gdzieniegdzie jeszcze tylko pyrka zakleszczona „trzydziestka” w kabrio starsza niż Twój ojciec. Na ławeczce pod sklepem siedzi Janusz. Fajrant już ma i żłopie siódmego żubra tego dnia. Zaraz przyjdzie Grzesiek i będzie żulił od niego fajki. Rysiek już nie przychodzi, bo się zaszył podobno. Dzień jak co dzień, wiejski standard. Thy Worshiper prezentuje jednak wieś zgoła odmienną.

Jak zwykle na początku recenzji muszę się wyspowiadać: raczej nigdy za folkowymi wtrąceniami w metalowej muzyce nie przepadałem. Moonsorrow, Ensiferum i im podobnych omijałem szerokim łukiem. Primordial jednak szanuję, w końcu od każdej zasady są wyjątki. Thy Worshiper znam z dwóch ostatnich wydawnictw: „Czarnej dzikiej czerwieni” i „Oziminy”. „Czarna…” odrzuciła mnie bidą brzmieniową gitar i chaosem aranżacyjnym. „Ozimina” dalej brzmiała jak świeży obornik, ale już z kompozycjami było lepiej, wszystko było czytelne i zrozumiałe dla odbiorcy, dzięki czemu dałem się lepiej wciągnąć w klimat tej opowieści. I w sumie „Klechdy” miałbym w dupie, gdyby nie „Marzanna”.

Trafili mnie tym kawałkiem, przeorali i wymłócili. O dziwo nie przeszkadzały mi te charakterystyczne wokalizy, ani ten nadmiernie poważny growl. Jak chyba w żadnym innym kawałku wcześniej udało im się w końcu trafić w mój przedział tolerancji proporcji pomiędzy robieniem wiochy a metalową młócką. Furia w swoją muzykę również wplata mnóstwo folkowych naleciałości, ale robi to o wiele bardziej subtelnie, niemal na granicy dostrzegalności. Thy Worshiper jest o wiele bardziej dosadny w tym aspekcie i dla wielu może być to zbyt nachalne, tak jak było dla mnie. Na szczęście na „Klechdach” jest inaczej. Głównie za sprawą odwołań do „Souls at ZeroNeurosis. Serio! Słychać to od pierwszych dźwięków „Gorzkich żali”, słychać to w riffie w „Halnym”, można dostrzec w intro „Wschodów” (chyba najlepszy kawałek na płycie). No miło się zaskoczyłem słysząc tutaj takie półdźwięki, tak doskonale znane z dzieł Kelly’ego i Von Tilla dysonanse i sprzężenia. Kolejnym mocnym punktem jest gra perkusji. Galopady na tomach i kotłach już wcześniej były wyznacznikiem stylu Bartosza Maruszaka i tutaj też nam tego nie szczędzi, bo co innego może zabrzmieć równie plemiennie?

Cały odbiór płyty zależy od tolerancji na te wszystkie „lajlajlajlalala”, dodatkowe instrumentarium, charakterystyczną folkową melodykę. Dla jednych „Klechdy” to propozycja wyważona, w dobrym smaku i guście, dla innych będzie znowu zbyt rustykalna, śmierdząca nawozem, do tego sztuczna i napuszona. Nie każdego muszą jarać cytaty z pieśni kościelnych („Gorzkie żale”, „Anielski orszak”). Szczególnie w takiej dawce (blisko 80 minut materiału), co nawet i mnie nieco męczy, gdy słucham tego albumu w jednym podejściu.

W nocy duszno jak skurywsyn. Otwieram balkon na oścież. Psy uprawiają swoje conocne dyskusje. Gdzieś niedaleko pryska deszczownia. Pijoczki spod sklepu już się zawinęły. Wezmę jeszcze zapalę i idę spać, bo o 4 trzeba wstać w pole jechać pyrów nakopać póki cena jeszcze jako taka, bo jak na jesień znowu będzie 2 zł za worek, to się kurwa do zimy nie dotrwa. Tako jest moja wieś spokojna i wesoła. Wieś z „Klechd” nie ma z nią nic wspólnego. To zapadła dziura gdzieś w Temerii, gdzie nawet Geralt na trzeźwo woli nie wchodzić. A ja będę wchodził pewnie jeszcze nie raz, bo gdy się już człowiek przeorze przez tę warstwę cepelii, odpustów, słomy, błota, kur, krów i chaszczy, to zostaje naprawdę dobra muzyka.

Masta

klechdy


  1. Gorzkie żale [8:30]
  2. Wila [4:48]
  3. Marzanna [6:07]
  4. Halny [6:43]
  5. Post Coitum [2:25]
  6. Wschody [10:45]
  7. Zioła [7:21]
  8. Słońce [5:08]
  9. Grzyby [6:30]
  10. Dziady [11:01]
  11. Żywot [2:17]
  12. Anielski orszak [8:12]

Całość: 1:19:46


Skład: Dariusz Kubala – gitara, wokal, drumla; Marcin Gąsiorowski – gitara, wokal; Anna Malarz – wokal; Krystian Mazur – bas, wokal; Tomasz Grzesik – instrumenty perkusyjne, wokal, okaryna; Bartosz Maruszak – perkusja


Data wydania: 25 maja 2016


Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s