Sacrilegium – Anima Lucifera (2016)

Sacrilegium-band-2015

Gdy Sacrilegium nagrywał „Wicher”, miałem cztery lata i ani odrobiny pojęcia, że w ogóle może istnieć coś takiego jak black metal. Od tamtej pory minęło dokładnie dwadzieścia lat, Sacrilegium przez ten czas właściwie milczał, a wielu – jeśli nie wszyscy – postawiło już na zespole odwrócony krzyżyk.
Zdecydowanie przedwcześnie.

Debiutancki „Wicher” uosabiał wszystkie cechy, za które można zarówno kochać, jak i nienawidzić drugą falę black metalu. Piwniczne brzmienie i charakterystyczna dla Norwegii aura tyleż mroczna, co nieco jasełkowa, przegryzały się jednak z polskimi tekstami i słowiańskim duchem, co sprawiało, że „Wicher” mimo mocnych korzeni w klasyce gatunku, miał też wyczuwalny polski pierwiastek. „Anima Lucifera” to album, którym muzycy Sacrilegium pokazują, że wiedzą, jak przez te dwadzieścia lat zmienił się black metal. Druga płyta wejherowian brzmi nowocześnie i bardzo soczyście, w przeciwieństwie do studziennego soundu „Wichru”. Mimo to doskonale słychać, że Sacrilegium nie ma zamiaru odcinać swoich korzeni i śmiało czerpie z przeszłości, nadając jej jedynie teraźniejszego szlifu. Pomorzanie nie silą się na totalny i groteskowy old school, a raczej adaptują go nie tylko do współczesnych czasów, ale i do własnych potrzeb. Kiedy chcą, otwarcie nawiązują do Norwegii z połowy lat 90., kiedy indziej bliżej im do Dissection lub pojawiają się fragmenty, mogące przywodzić na myśl dokonania Furii (czemu nie powinniśmy się znowu bardzo dziwić, bowiem to Nihil odpowiada za mastering i miksy „Anima Lucifera”). Pojawiające się tu i ówdzie klawisze są niby trochę kiczowate, ale na całe szczęście stanowią one jedynie dopełnienie kompozycji i nie psują odbioru całości. Również pojawiające się gdzieniegdzie (np. „…And Soul”) melodyjne gitarowe solówki mogą się wydawać sporym zaskoczeniem i rozwiązaniem lekko, hm… kontrowersyjnym. Moim zdaniem Sacrilegium znacznie lepiej wypada, gdy do kompozycji podchodzi w sposób klasyczny, stawiając na dobre riffowanie i odpowiednią ilość siarki („Venomous Spell Of Fate”).

Pomijając już kto ten album miksował, kto zrobił oprawę graficzną oraz czyja to poezja przewija się w lirykach, „Anima Lucifera” przedstawia się po prostu jako album, który – paradoksalnie – należałoby określić jako nowocześnie old schoolowy. Całość trochę trąci myszką i nie ma opcji, żeby łyknęły ją dzieciaki zasłuchane w Deafheaven, ale może dzięki niej ktoś sobie uświadomi, że istnieją takie płyty jak „Wicher”, a jej twórcy są nadal w stanie nagrywać dobre albumy, nie patrząc na panujące mody i po prostu robiąc swoje. „Anima Lucifera” to nie tylko comeback, którego muzycy Sacrilegium nie muszą się wstydzić, ale którym mogą spokojnie się pochwalić. Bynajmniej ja nie mam nic przeciwko.

Emef


unnamed


  1. Preludium / Heavenwings Shrugged [05:44]
  2. Angelus (Anima Lucifera) [04:29]
  3. Mare Tenebrarum [04:33]
  4. The Serpent Throne [04:49]
  5. …And Soul [04:53]
  6. Venomous Spell Of Fate [04:22]
  7. Desiderium Immortalis [04:35]
  8. Anima Lucifera / Epilog [08:18]

Skład: S – gitary; N – wokale; C – bas; R – bębny


Data wydania: 18 marca 2016, Pagan Records


 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s