King Dude – 03.03.2016, Firlej, Wrocław

WP_20160303_21_12_54_Pro

Postanowiłem sobie kiedyś, że nie będę chodził najebany na koncerty – przynajmniej nie jakoś mocno – bo potem nie za bardzo się pamięta i w efekcie wyrzucam hajs w błoto. No, to od razu zaznaczę że taki chuj. Wszystko wskazuje na to, że to nie będzie relacja w dosłownym rozumieniu tego słowa. Do czynienia będziecie mieć raczej z próbą poskładania przebłysków i pojedynczych obrazów w całość i to niekoniecznie logiczną. Mimo to nie żałuję, bo z koncertami King Dude’a jest trochę tak, jak z wiejskimi dyskotekami – tym lepiej się bawisz, im więcej wypijesz.

Na zeszłorocznym Asymmetry to Król Koleś był zdecydowanie bardziej nietrzeźwy niż ja i zapewne to sprawiło, że jego poprzedni występ był bardzo chaotyczny i nieco poza kontrolą. Tym razem TJ stał dość pewnie na nogach, a dodatkowe wsparcie w postaci sekcji rytmicznej jeszcze dodało mu skrzydeł. Zamiast pijackiego eldorado, licznie zgromadzeni fani otrzymali pełnowartościowy show. Apropos – Firlej wypełniony był do tego stopnia, że w szatni zabrakło miejsca na kurtki, a kolejki po piwo kończyły się przy kiblach. Stałem zatem pijany, w ramonesce, ściśnięty wśród ludzi i w pomieszczeniu, w którym ledwo dało się oddychać. No ale nie powiem, bawiłem się całkiem elegancko.

Początkowo King Dude serwował głównie nowe numery, choć, jeśli mnie pamięć nie myli, gdzieś na początku stawki pojawił się „Spiders In Her Hair”. Obecność zespołu bez wątpienia nie tylko poszerzyła wachlarz możliwości aranżacyjnych, ale też ograniczyła nieco gadatliwość Dude’a, który tym razem nie pierdolił tak, jak podczas Asymmetry. Co prawda, część koncertu TJ zagrał solo, jednak przez większość czasu na scenie wspierali go dodatkowi muzycy. Pierwsza część występu upłynęła dość spokojnie, żeby nie powiedzieć nawet niemrawo. Prawdziwy koncert życzeń rozpoczął się od momentu, kiedy King Dude zagrał i zaśpiewał – mocno wspierany przez publiczność – „Lucifer’s The Light Of The World”. No i od tego momentu się zaczęło, a Amerykanin serwował już właściwie tylko to, co krzyczeli mu ludzie. Na pewno był „Fear Is All You Know” w wersji z bardzo fajnym, rozimprowizowanym środkiem i zaryzykuję, że obok wspomnianego już „Lucifer’s…” był to jeden z najmocniejszych punktów wieczoru. Pamiętam też, że na pewno był „Jesus In The Countryard” i o ile dobrze mi się synapsy stykają, tym utworem TJ Cowgill zamknął wrocławski koncert.

A ja, niestety dla mnie, nie zamknąłem jeszcze wieczoru, czego następnego dnia dość mocno żałowałem.

Emef

P.S. Na poprzedzający występ King Dude’a koncert Sashy Boole’a niestety nie dotarłem. Powodu pewnie się domyślacie.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Relacje i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s