Gnój w uszach, czyli największe rozczarowania 2015 roku

wR9RD9hu14g1tn7AXqr7TkkA6IE29ECzekaliście na ten tekst? No kurwa nie sądzę. Długo to wszystko trwa, trwa, trwa… A ponoć łatwiej się gani niż chwali. A najłatwiej to się krytykuje tym wszystkim mądrym przed komputerami, co to nic w życiu innego robić nie umieją. Ja to ten mądry. A teraz możecie przeczytać, co mi się w zeszłym roku nie spodobało lub – mówiąc bardziej dyplomatycznie – było interesujące inaczej.

Zacznijmy może od płyty, po której właściwie nie oczekiwałem niczego, a mimo to się zawiodłem. Czyli od „New Bermuda” Deafheaven. Nie przepadam za „Sunbather”; denerwuje mnie jej różowa okładka, denerwuje płaskie brzmienie, najbardziej natomiast denerwują kompletnie pozbawione ekspresji partie wokalne, które sprawiają, że mam wrażenie, jakbym słuchał wydmuszki. „New Bermuda” idzie o krok dalej w byciu spierdoloną płytą, bowiem o ile poprzedniczka oferowała jeszcze kilka nawet ciekawych rozwiązań aranżacyjnych, tak teraz jedynym patentem jest łączenie black metalowych riffów wyjętych żywcem z drugoligowej kapeli kopiującej Gorgoroth z nudnymi jak cholera post-rockowymi pasażami. Oczywiście, co nie dziwi, mariaż ten jest kompletnie płaski i nijaki. No ale Zapała i tak powie, że to płyta roku.

Zostańmy przy podobnej stylistyce. Będziemy się pastwić nad „The Ark Work” Liturgy. Akurat „Aesthethica” to ja lubię – podoba mi się, że ten album brzmi, jakby muzycy dostali ataku padaczki, a Hunter Hunt Hendrix ma głos jak gwałcona pięciolatka. Oczywiście ta cała transcendentalna otoczka śmieszy chyba nawet wszystkich w zespole, może poza HHH (dowód tutaj), no ale jakoś to miało ręce i nogi. „The Ark Work” już nie bardzo. Brzmi to jak skrzyżowanie „Aesthethica” ze Swans i Nintendo, czyli, do kurwy, nie brzmi najlepiej. I na tym poprzestańmy.

Niczego dobrego nie spodziewałem się też po nowym albumie Rosetta, więc powiedzieć, że jestem rozczarowany „Quintessential Ephemera” jest sporym nadużyciem. Rosetta udały się co najwyżej dwa pierwsze albumy, od tamtej pory zespół notuje już kolejne spadki. Niegdyś jeden z bardziej interesujących zespołów na post-metalowym padole, teraz tonie w morzu przeciętności, nie mając do zaoferowania nic, tak właściwie, a na pewno nic, co byłoby w jakikolwiek sposób ciekawe. Wszystko, co teraz proponuje Rosetta, jest tak cholernie przewidywalne, że porównałbym to chyba tylko do wyścigów F1. A tych, kurwa, nienawidzę oglądać.

Zmieńmy trochę klimat. Poprzednia płyta A$APA trzęsła moim Golfem III dość regularnie i sprawiła, że ją nawet polubiłem. Kto mi to puścił i kiedy dokładnie – nie pamiętam, ale coś się zazębiło. „At.Long.Last.A$AP” nie zazębia się z niczym, bo oprócz bardzo ciekawego utworu, jakim jest „L$D” z dość psychodelicznymi wojażami i fajnym refrenem, nie pamiętam nic z tego krążka. Może to dlatego, że Golf sprzedany na części, a w Fabii nie mam jeszcze radia. No ale nie sądzę.

Po Baroness i ich „Purple” nie spodziewałem się kompletnie niczego, bo kompletnie nie siedzi mi stylistyka, którą zapoczątkowali na „Yellow & Green” i którą – w pewnym sensie – dalej ciągną. Sprawia to, że następną płytę zespołu na 99% sobie odpuszczę.

Ghost podobnie. Spodziewałem się przeciętnej płyty i taką też otrzymałem. Imydż 10/10, ale muzyka raczej niespecjalna.

Zawiedziony jestem natomiast nową Kylesa, bo przebojowy „Ultraviolet” był moim zdaniem całkiem fajnym krążkiem. Na „Exhausting Fire” niestety nie ma numerów na miarę „Vulture’s Landing” czy „What Does It Take”. Teoretycznie, wszystko niby jest na miejscy, niby wszystko okej… Ale właśnie nie ma piosenek, a, niestety, grając taki bardziej melodyjny sludge te melodie muszą być.

Nie jestem też zachwycony nowym albumem Ampacity. „Encounter One” pozamiatał kompletnie, był świetnym, riffowym albumem, na którym kosmos mieszał się z pustynią w idealnych proporcjach. Na „Superluminal” pustyni już nie ma praktycznie wcale, a kosmos… No cóż, też niby intryguje, ale wolałbym przy tym wyciągać piach spomiędzy zębów.

No i cóż, kochani, to by było na tyle… To był rok, w którym tych chujowych albumów nie było aż tak wiele, a jeśli już były, to dokładnie nagrane przez tych, po których się tego spodziewałem. Właściwie nie było chyba nikogo, kto by zaliczył epicki zjazd, nagrał kompletnie nieprzewidywalną padakę, płytę zaskakująco słabą. Wszystko to sprawia, że trochę przewidywalny był ten cały 2015, bo, owszem, parę zaskoczeń się pojawiło, ale suma summarum większość nagrała to, co miała nagrać. Tak po prostu.
Do widzenia.

Emef

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii felietony, Przeglądy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s