Kolejne nudne podsumowanie

Bez tytułu

Tych natomiast, którzy nie spierdolili lub nie liczyli na kolejne podsumowanie, zapraszam do lektury.

W zeszłym roku płytą, która najdłużej kręciła się w moim odtwarzaczu, była „I Shall Die Here” The Body – bezsprzecznie najbardziej odhumanizowana, bezkompromisowa, wypełniona zgoła niemetalową agresją. W 2015 The Body nie próżnowali, wydając splity z Thou i z The Krieg, jednak dźwięki zawarte na tych wydawnictwach co najwyżej nawiązywały do dzikości i nieprzewidywalności „I Shall Die Here”. W ogóle 2014 to był rok obfitujący w płyty praktycznie pozbawione ludzkiego pierwiastka, ewentualnie penetrujące zjawiska zdecydowanie patologiczne – o The Body mówiliśmy, ale była też fantastyczna „Enemy Of Man” Kriegsmaschine, debiut Odrazy, do tego Young And In The Way – pozwolę sobie wymienić tylko tych najlepszych. A w 2015 roku? W 2015 roku najpaskudniejszą płytą była…

Najpaskudniejsza płyta roku

 Gnaw Their Tongues & Dragged Into Sunlight – NV

Teoretycznie, w tym miejscu równie dobrze mogłoby się znaleźć „Abyss Of Longing Throats”, jednak… Jednak to „NV” jest tym razem płytą bardziej skrajną, intensywną, o znacznie wyraźniejszym, black metalowym charakterze. Skrzyżowanie solidnych, ostrych jak żyletki riffów ze skłonnościami Maurice’a de Jonga do wszelkiego rodzaju dewiacji i patologii przyniosło oczywiście znakomity skutek. To płyta, która powinna uderzyć w gusta nie tylko fanów sceny black metalowej, ale spodobać się każdemu, dla kogo gwałt w piwnicy jest równie niecodzienny jak poranne siku.

W opozycji do „NV” stoi natomiast…

Najpiękniejsza (prawie) płyta roku

Steve Von Till – A Life Unto Itself

… a na pewno najbardziej osobista i przejmująca. Pod żadnym pozorem „A Life Unto Itself” nie jest albumem, na którym jakiś sierściuch wymyślił sobie, że popisze piosenki. Nie, nie. To w pełni dojrzałe dzieło, przedstawiające Von Tilla jako pełnoprawnego, świadomego pieśniarza. Nie wiem, co ten człowiek przeszedł w życiu, ale niech dostaje po dupie jak najwięcej. Niech dalej pisze te cholernie osobiste, wciągające opowieści. Niech wciąż rozdrapuje rany.

Gdzieś pomiędzy pięknem a brzydotą, między mrokiem a jeszcze większym mrokiem znajduje się…

Najlepsza babka roku

 Chelsea Wolfe – Abyss

Oczywiście nie mam tu na myśli walorów wizualnych, choć i tu nie ma się raczej do czego specjalnie przyczepić. Chelsea, namaszczona na najbardziej mroczną pieśniarkę naszych czasów, nie boi się poszukiwań i nie ma zamiaru stać w miejscu. Przeszła długą drogę od dziewczyny z gitarą śpiewającej smutne piosenki, stając się ukształtowaną, dojrzałą diwą w czerni. Być może Masta ma rację, że „Abyss” nie jest aż tak równą płytą, jakbyśmy tego chcieli, ale jak sięgam pamięcią, nie umiem przypomnieć sobie żadnej płyty Chelsea bez dołków. To chyba jej największa wada, że wśród fantastycznych perełek ciągle zdarzają się utwory nijakie. Podobnie jest na „Abyss”, jednak mam wrażenie, że tych pierwszych jest zdecydowanie więcej.

Jak już jesteśmy przy mroku i jego piewcach… To jednak nie Chelsea Wolfe stworzyła najbardziej mroczną płytę.

Najbardziej mroczna płyta

 Leviathan – Scar Sighted

Za stworzenie tejże odpowiedzialny jest Jef Whitehead, tworzący jako Leviathan. Paradoksalnie, jego „Scar Sighted” jest przy tym płytą bardzo eklektyczną i na swój sposób nawet… kolorową, o ile tak można określić płytę wypełnioną wszystkimi odcieniami czerni. „Scar Sighted” stoi na przecięciu wszystkiego, co najlepsze we współczesnej muzyce ekstremalnej, łącząc starą szkołę black metalu z pełnym dysonansów francuskim podejściem, a depresyjną odmianę czarnej sztuki z brutalną siłą death metalu. Może i Whitehead jest pojebem, ale przy tym jest także geniuszem. W ogóle, geniusze to z reguły pojeby, Amerykanin nie jest w tej kwestii wyjątkiem.

I tak zbliżamy się do…

Najlepszej kucowej płyty

 Batushka – Litourgiya

Czy była w tym roku płyta, którą kuce jarałyby się bardziej? No kurwa nie sądzę. Prawdę mówiąc to bardzo słusznie, wszak „Litourgiya” to niezwykle intensywny i ekspresyjny black metal, dla którego starocerkiewna otoczka nie tyle jest bytem samym w sobie, co raczej jego dopełnieniem. Nie oszukujmy się, na debiutanckim materiale Batushki najważniejsze nie są śpiewy wyniesione wprost z cerkwi czy ikony w książeczce, a rasowe riffy, szybkie tempa i wściekłe partie wokalne. Okej, przyznaję, gdyby nie aura tajemnicy, która roztacza się nad tą grupą, prawdopodobnie Batushka by przepadła. Wniosek jest jeden – trzeba się umieć sprzedać, zaś Batushka sprzedaje się z wyjątkową klasą.

Oczywiście Polacy nie gęsi, swój black metal mają. W 2014, jak zapewne pamiętacie, wszyscyśmy zasłuchiwali się w Furii, Odrazie, Kriegsmaschine, Morowym czy Thaw. W tym roku może nie było aż tak dobrze, ale ukazało się co najmniej kilka wartościowych pozycji – Blaze Of Perdition, Infernal War, od biedy wymienić można też Outre, chociaż pełnoprawny debiut tej grupy nie do końca mnie przekonał. Szczególnie wyróżniłbym jednak dwa wydawnictwa. Na początku niech to będzie…

Najlepszy polski black metal po polsku (częściowo)

 Non Opus Dei – Diabeł

Ni chuj nie rozumiem, jaki jest cel w pisaniu tekstów zarówno po polsku, jak i po angielsku, zwłaszcza, że Non Opus Dei w rodzimym języku przekonuje mnie, i z tego co wiem nie tylko mnie, dużo bardziej. O swoistej modzie na język polski w black metalu to ja tylko wspomnę, bo przecież żaden artysta na mody nie patrzy, co nie? W każdym razie, Non Opus Dei nie są palcem robieni i wiedzą, jak nagrać nowoczesną płytę black metalową, jednak mimo to mocno osadzoną w tradycyjnym fundamencie – nie tyle brzmieniowo, co ideowo. Całość momentami przypomina wręcz Meshuggah, jednak unoszący się nad całością tytułowy diabeł sprawia, że to album sugestywny i bardzo mroczny. A, również bardzo dobry, oczywiście.

A teraz…

Najlepszy polski black metal po angielsku

 Mgła – Exercises In Futility

Właściwie od początku było wiadomo, że to będzie płyta bardzo dobra, nawet co najmniej bardzo dobra, otwarta pozostawała jedynie kwestia, czy przebije fenomenalną „With Hearts Toward None”. Zdania na ten temat są podzielone, jednak bez wątpienia panowie M. i Darkside stworzyli najlepsze black metalowe wydawnictwo, jakie słyszałem w tym roku. To, co zaskakuje na „Exercises In Futility” to niesamowita wręcz chwytliwość, która bardzo naturalnie wyziera spod wszechobecnej czerni. Nie myślcie sobie, że Mgła nagrała album, na którym poszła na jakiekolwiek kompromisy. To wciąż czysty black metal, jednak zagrany z rzadko spotykaną finezją, naturalnością i zostający w głowie na bardzo, bardzo długo.

Oczywiście nie tylko w polskim metalu działo się nieźle. O Leviathanie mówiliśmy, o Batushka także, jednak warto wspomnieć jeszcze o…

Najlepszej kucowej płycie, której kuce nie zrozumieją

 Abyssal – Antikatastaseis

Gdyby ktoś kazał mi strzelać, z jakiego kraju są ci kolesie, w ciemno strzelałbym, że Finlandia, ewentualnie Szwecja. W życiu nie pomyślałbym, że Brytyjczycy mogą nagrać taką płytę. Abyssal na „Antikatastaseis” miesza death metal z black metalem w rzadko spotykany sposób. To album duszny jak cholera, ciężki, intensywny i brutalny, przy tym niezwykle mroczny i, co ciekawe, posiadający także swoistą chwytliwość, która nie zaprzecza nieoczywistemu, trudnemu charakterowi albumu. Dokładnie, „Antikatastaseis” to album trudny w odbiorze, który nijak nie pasuje ani do kuca z Brutal Assault, nie mający też żadnych predyspozycji, by stać się hipsterską rewelacją na miarę Altar Of Plagues czy, ostatnio, Mgły. To trochę płyta dla nikogo i, co ciekawe, być może właśnie dlatego totalnie zajebista.

O Abyssal już powiedzieliśmy, zatem temat kuców pozostaje definitywnie zamknięty. Teraz pora na album, który jest nie lada gratką dla hipsterów, czyli na…

Najlepszy tegoroczny album, który chciałbym usłyszeć na Off Festivalu

 The Icarus Line – All Things Under Heaven

Na początek zaznaczę, że to również jest bardzo niejednoznaczna płyta. Nowy to dla mnie zespół, jeszcze nie wiem, co oprócz tego chłopaki są w stanie zaprezentować, jednak na „All Things Under Heaven” nie pierdolą się w tańcu. To materiał, gdzie blues łączy się sprawnie z noise rockiem, garażowy brud spotyka chwytliwe melodie, a rozciągnięte improwizacje tańczą z niemal punkowymi formami. Przede wszystkim jest to natomiast płyta, która cholernie wciąga i intryguje, zaskakuje z każdą minutą i ucieka od oczywistych rozwiązań.

W 2015 zwycięzcą może być tylko jeden człowiek. Człowiek, który co roku znajduje się w czołówce wszelkiego rodzaju podsumowań, od Gazety Wyborczej, przez FY!H po metalowe ziny. Gość, który w każdy swój projekt wkłada mnóstwo serca i zaangażowania, będąc przy tym talentem czystej wody. Wiecie o kim mówię? No to teraz…

Bezsprzecznie najlepsza płyta roku

 Stara Rzeka – Zamknęły się oczy ziemi

Nie było w tym roku piękniejszej płyty. Można się spierać, czy lepsza jest „Zamknęły się oczy ziemi”, czy debiut, ale to nie jest jakoś szczególnie istotne. Tylko Ziołek mógł stworzyć album tak intrygujący, spójny, okraszony pięknymi melodiami, a przy tym niezbyt łatwy w odbiorze. Pełno na tym krążku smaczków, pełno zakamuflowanych dźwięków, a przede wszystkim ciężko nie być pod wrażeniem wyobraźni, jaką posiada Kuba i lekkości, jaką nadaje każdej nucie. To bez wątpienia album, któremu poświęciłem najwięcej czasu w tym roku i to nie tylko dlatego, że Stara Rzeka najzwyczajniej w świecie wymaga całkowitego skupienia. Chciałem słuchać tego krążka, chciałem wraz z tymi dźwiękami słuchać legend w chatce w sercu lasu, chciałem czuć unikatową, delikatną atmosferę wykreowaną przez Kubę Ziołka. Aurę tyleż swojską i kojącą, co niepokojącą i tajemniczą. Rewelacja.

No, to tyle jeśli chodzi o tych najlepszych z najlepszych. Oczywiście w 2015 roku ukazało się o wiele więcej wartych uwagi albumów, zarówno weteranów (Napalm Death, Marduk, Godspeed You! Black Emperor czy Goatsnake), jak i młodszych wykonawców (Horrendous, The Soft Moon, Thee Oh Sees, Hangman’s Chair). Być może, za wyjątkiem Starej Rzeki i ewentualnie Mgły, zabrakło takich naprawdę, naprawdę mocnych strzałów, po których zbiera się przez miesiąc szczękę z podłogi, ale jednak – mówiąc kolokwialnie – było na czym ucho zawiesić. Właściwie to nie narzekam na ten mijający rok, może i w 2014 byłem bardziej sponiewierany, może i do płyt z tamtego roku na przestrzeni czasu będę wracał częściej… Ale sądzę, że przynajmniej te dziesięć wymienionych i opisanych pozycji zostanie ze mną na dłużej.

Oczywiście to nie koniec podsumowań. Już niedługo dowiecie się, kto moim zdaniem najbardziej dał dupy. A takich gagatków też się paru zebrało. Pozdrawiam!

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii felietony, Przeglądy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s