Złote Banany 2015

banan

Każdą nowość trzeba porównać, odnieść się do pewnych fundamentów, własnego doświadczenia, zdobytej wcześniej wiedzy. Wskaźniki odnieść do średnich branżowych i konkurencji oraz koniunktury (pozdro finanse). Podsumowując 2015 rok w kontekście muzycznym najłatwiej odnieść się do roku poprzedniego.

Na początku zatem mała errata do podsumowania roku 2014. Tamten rok był wybitny. Skoro trzem albumom z pełnym przekonaniem mogę dać najwyższe oceny, bo wiem, że zostaną ze mną już na zawsze to o czymś to świadczy. „To Be Kind”, „Esperalem Tkane” i „Nocel” wałkowałem i w 2014 i w 2015 roku, więc coś mi karze myśleć, że nawet i w 2016 będę czerpał maksymalną przyjemność z obcowania z nimi. A jak to jest w tym roku? Do każdego albumu mogę się przyczepić. Nawet płyt z samego topu nie mogę być pewien czy będę do nich wracał w nadchodzącym czasie. A przecież zaraz po ich premierze byłem zauroczony. No cóż, tak jest z tymi zauroczeniami. Nie bez przyczyny w poprzednim podsumowaniu swój numer jeden nazwałem miłością życia.

2015 rok był trochę nijaki. Było mnóstwo płyt dobrych i tylko dobrych. Takich, które doceniam, ale czy rzeczywiście chce mi się ich słuchać nawet nie raz w tygodniu, nawet nie raz na dwa tygodnie, czy choćby raz w miesiącu? No niekoniecznie. Oczywiście odbieram je nad wyraz pozytywnie, ale kurde, w większości są poprawne i nie wzbudzają we mnie jakichś szczególnych emocji. Po latach można już nie pamiętać riffów, melodii, ale wspomnienia ogólnej atmosfery powinny zostać. A tutaj muszę się naprawdę wysilić, a najlepiej czegoś posłuchać, żeby przypomnieć sobie, za co ja kurde polubiłem ten album. To chyba o czymś świadczy? O moich problemach z pamięcią? Może.

I tak mogę wymienić cały wysyp naprawdę dobrych black metali, zarówno polskich (Non Opus Dei, Blaze of Perdition, Outre) jak i zagranicznych (Akhlys, Downfall of Nur, Misþyrming). U nas mieliśmy też prawdziwy renesans noise’owego grania. Ewa Braun i Krzycz przebijają się zza grobu w dorobkach Złotej Jesieni, Jesieni, Melisy czy Artykułów Rolnych. To wróży dobrze na przyszłość. Te dwie nisze dominowały w moich tegorocznych odsłuchach i w nich odkryłem najwięcej ciekawych rzeczy, a sądzę, że to dopiero początek i jeszcze wiele pociechy ze stron tych młodych kapel nas czeka.

Rozliczyć się też muszę z tymi gorszymi płytami i największymi zawodami. O tak niepotrzebnych rzeczach jak ostatnie dokonanie Deafheaven już się wypowiadałem. Podobnie o kolejnym potworku z pogranicza blacku i plastikowej casio-tandety, czyli Liturgy. O ostatnim „dokonaniu” Prodigy szkoda strzępić języka. Dorzućmy do tego jeden z najbardziej niepotrzebnych powrotów ostatnich lat, czyli nowy album Minsk. Sory panowie, ale bez Sanforda Parkera i perkusji Tony’ego Wyominga staliście się jedynie cieniem własnych dokonań. Pamiętam, jak ludzie psioczyli na „With Echoes in the Movement of Stone”, który był naprawdę porządnym albumem. Ciekawe co sądzą o „The Crash & the Draw”. W ślepą uliczkę zabrnęli również muzycy Rosetty. „The Anaesthete” zwiastowało jeszcze jakieś zmiany, chęć odnalezienia na nowo swojej ścieżki, ale nieszczęsne „Quintessential Ephemera” udowodniło tylko, że „The Galilean Satellites” był tylko jednorazowym wystrzałem. Genialnym, wiekopomnym, ale jednorazowym. Na równi pochyłej znajduje się także Kylesa, która w odróżnieniu od Rosetty swój szczyt osiągnęła dopiero na swojej czwartej płycie. Kolejne niestety to już swobodny spadek. Pytanie czy kolejnym albumem (jeśli się ukaże) odbiją się od dna czy totalnie rozpaćkają o podłoże. O Soulfly napiszę tylko tyle, że 16-letni ja płacze cicho w kącie.

Ponarzekałem już sobie wystarczająco, więc koniec z tym malkontenctwem. Zajmijmy się w końcu rzeczami przyjemnymi, bo przecież i w tym nijakim, jak już wcześniej napisałem, roku kilka świetnych płyt się ukazało. Oto przed Wami laureaci Złotych Bananów a.d. 2015.

Najlepsza płyta, która się nie ukazała.

Death in Rome

romeWybór mógł być jeden i nawet przez chwilę nie pomyślałem o Tool, a tajemniczym projekcie o nazwie Death in Rome. Potężny wysyp singli w tym roku z „Careless Whisper” i „What is Love?” na czele. Do tego hity z lat ubiegłych (legendarne już „Barbie Girl” czy „Wrecking Ball„). Nic tylko zebrać to wszystko do kupy, wydać i trzepać hajs. Gdzie są wytwórnie, kiedy są potrzebne?! No chyba, że zespół szykuje jakąś petardę i przywali nam w tym roku pełnoprawnym albumem? Mam nadzieję, a czy to będzie kolejny zestaw coverów czy czysto autorska produkcja to już wszystko jedno. Taki talent szkoda marnować na jutubowe singielki.


Najmniejsze rozczarowanie.

Godspeed You! Black Empreror – ‚Asunder, Sweet and Other Distress’

asunderByły rozczarowania największe, a teraz to najmniejsze. Chociaż sam się zaczynam zastanawiać, czy aby na pewno w przypadku tej płyty mówić o rozczarowaniu. Z jednej strony nie spodziewałem się czegoś co by mnie szczególnie poruszyło, raczej kolejnego porządnego albumu uznanego zespołu, czegoś na poziomie poprzedniego „’Allelujah! Don’t Bend! Ascend” z lepszymi i gorszymi momentami, takiego standardowego GY!BE. Bo podobnie jak Neurosis, ten zespół nie musi mi nic już udowadniać, tworzyć nowej jakości. Każdy nowy album będę przyjmował z uśmiechem na ustach i starał się nie marudzić, że meh, znowu to samo, że kiedyś to było, że ło matko jak się zjebali. Nie. I chociaż zmiany są minimalne, to cieszę się z tego albumu. „Piss Crows Are Trebled” to absolutne 10/10, i mimo że reszta tego krótkiego albumu zostaje daleko w tyle, to warto go sprawdzić choćby dla tego jednego kawałka. Lubię Cię, „’Asunder…”, naprawdę Cię lubię, chociaż nigdy nie będziesz „F♯A♯∞”, żadna kolejna już nie będzie.


Najlepsza płyta znikąd.

Katie Caulfield – Sow Thistles

sowMoże i Batushka też tutaj pasuje, jednak pod szatami popów podobno kryją się doświadczone już na scenie osobistości, a nie kompletni debiutanci z mlekiem pod wąsem. Największe zaskoczenie tego roku. Najpierw, że w ogóle mi się to spodobało, potem, że aż tak, a teraz, że się pojawia w tym zestawieniu. Czytając wywiad z liderem zespołu można dojść do wniosku, że chłopak ma poukładane w głowie, wiec co chce grać i osiągnąć, więc spokojny jestem o przyszłość tej krakowskiej grupy i już teraz szykuję się na kolejne zaskoczenia z ich strony. Przy wysypie noise rockowych tworów w tym roku ten przybysz znikąd minimalnie wychodzi przed peleton. Jest w muzyce Katie Caulfield coś takiego intrygującego, coś co karze weń szukać i odkrywać, przysiąść i się zastanowić. Oby tylko „Sow Thsitles” nie okazało się jednorazowym wystrzałem.


Najlepsze ziółka.

Stara Rzeka – Zamknęły się oczy Ziemi

 

zamknelyCzym by było podsumowanie roku bez jakiejś płyty Ziołka? Od paru lat skomponowanie takiego zestawienia jest wręcz niemożliwe. Jak nie przywali jednym projektem to drugim. W tym roku znowu można się było tylko zastanawiać, który album do klasyfikacji topów wybrać: Alameda, Stara Rzeka czy obie? Alameda jednak w tym rankingu się nie zmieściła. Za to „Zamknęły się oczy Ziemi” okazała się jedną z najlepszych płyt w dorobku Ziołka w ogóle. Z jednej strony zbudowana z tych samych elementów co osławiony „Cień chmury nad ukrytym polem”, ale z drugiej odbiór całego albumu jest zgoła inny. Poza pewnymi wyjątkami jak np. otwierające album „Nie zbliżaj się do ognia” czy „BHMTH” najnowsze wydawnictwo starej rzeki, to dzieło bardzo przyjemne w odbiorze, śliczne, piękne, lekkie i przystępne. Z drugiej jednak strony całe swoje piękno uwydatniające przy wytężonym słuchaniu, dopiero będąc strudzonym wyszukiwaniem smaczków można ujrzeć pełną postać tej płyty. Tutaj zaklęty jest jej geniusz i cała wspaniałość. Tym bardziej szkoda, że to ostatnia płyta wydana pod szyldem Starej Rzeki.


Najczarniejsza z czarnych.

Leviathan – Scar Sighted

scarJef Whitehead to żywa legenda amerykańskiej sceny black metalowej. Maczał paluchy w kilku poważanych projektach z czego ten najbardziej znany i chyba najważniejszy to właśnie Leviathan. „Scar Sighted” to pierwsza płyta wydana po zakończeniu całej sprawy z gwałtem na byłej dziewczynie. Takie wydarzenie musiało znaleźć odzwierciedlenie w muzyce tego studyjnego projektu. Whitehead odpowiedzialny na „Scar Sighted” za wszystko co można usłyszeć na albumie zdaje się dawać upust nagromadzonym przez ten czas emocjom. Efektem jest płyta zarówno agresywna jak i rozpaczliwa, ale nie płaczliwa. Nagromadzona złość emanuje tutaj siłą, a nie skowyta jak zbity pies. Płyta może nie aż tak odrażająca jak kolejna w zestawieniu, ale w kategorii depresantów nie miała w tym roku równych sobie.


Najbardziej czarna z nieczarnych.

Thou & The Body – You, Whom I Have Always Hated

you whomBrudna, zła i odrażająca. Nihilizm i odhumanizowanie na poziomie „StreetcleanerGodflesh. Brzmienie, które równa z ziemią całe miasta. Obok „s/t” With the Dead jedna z najpotężniejszych płyt tego roku. Od zeszłego roku The Body rozpieszcza nas kolejnymi wydawnictwami na bardzo wysokim poziomie i wyrasta na jednego z najważniejszych graczy powolnej młócki. Płodność tego zespołu mnie przeraża. Sposób w jaki potrafią dogadać się z innymi zespołami i razem stworzyć coś genialnego również. Strach pomyśleć co im wyjdzie z Full of Hell, a przecież na ten rok zapowiedziany jest również autorski album The Body o kolejnym niezwykle pozytywnym tytule, czyli „No One Deserves Happiness”. Oby tylko za wcześnie nie wystrzelali się ze wszystkich pomysłów. Chociaż zawsze mogą wydać kolejną kolaborację, która dopełni ich pomysł na muzykę. Jestem więcej niż przekonany, że im się to uda. Oczywiście nie można też deprecjonować roli Thou w sukcesie tej kolaboracji. Oni również w poprzednim roku wydali jedną z ciekawszych płyt w gatunku, co było dla mnie dużym zaskoczeniem po raczej słabym „Summit”. Ostatnio udowadniają, że mogą zostać znaczącą ekipą w tej niszy ciężkiego grania.


Najmniej czarna z czarnych.

Sierść – Sierść Sierść Sierść

sierśćWspominałem już, że w tym roku mieliśmy najwyższe od lat zbiory na noisowym poletku? Chyba tak. No i Sierść jest dla mnie najciekawszym przedstawicielem tych zaszumionych dzieł. Pomysł na wplecenie blastów i tremolo w te kłęby lo-fi sprzężeń i doprawienie tego wszystkiego skrzekliwym wokalem był iście pokraczny. Wynik tych eksperymentów też taki na pozór może się wydawać albo może taki nawet po prostu jest, ale kogo to, skoro ta chaotyczna jazda to jedna z najlepszych rzeczy jaka ukazała się w tym roku, a z całą pewnością najbardziej szalona.


Najprzyjemniejsza z czarnych.

Mgła – Exercises in Futility

exercisesZnowu w tym roku mieliśmy zatrzęsienie dobrych czarnych metali, zarówno krajowych jak i zagranicznych twórców. U nas długo pierwsze miejsce w tabeli okupowała drużyna z Krakowa. Mgła to szara eminencja polskiego blacku: nie koncertuje wiele, nie zasypuje słuchaczy kolejnymi wydawnictwami, niby z boku całej sceny, ale też niejako w samym czubie. Każdy ich nowy album to wydarzenie i nie inaczej było z „Exercises in Futility”. Album wyskoczył we wrześniu i od razu poustawiał pod ścianą całą konkurencję. M. wspiął się tutaj na wyżyny swoich kompozytorskich umiejętności. Każdy kawałek dostarcza nam riffy z najwyższej półki i to właśnie jest największa siła tego albumu. Powtarzalność motywów, trans, wymaga, aby każdy pojedynczy riff był dopracowany do perfekcji i tak jest na tym albumie. Mimo długości utworów to te kawałki to istne czarne perły, potencjalne radiowe hity, gdyby ktoś był na tyle szurnięty, żeby katować tym postronnych słuchaczy eremefki. Dorzućmy do tego szalejącą perkusję i wyłania się obraz gatunkowego arcydzieła. Mgła na „Exercises in Futility” jest przystępna jak nigdy wcześniej przy zachowaniu kanonicznej, mrocznej atmosfery. Problem mam tylko z wyróżnieniem szczególnie któregoś z utworów. Gdyby ktoś mnie poprosił o jeden typ z tego albumu, swoisty highligh, to musiałbym się dłuższą chwilę zastanowić. Wada? Niekoniecznie, bo album jest po prostu niezwykle równy, monolityczny. Może przez to wydawać się nieco płaski, ale żeby były szczyty, muszą być również doliny, a tutaj mamy jeden wielki masyw bez żadnych spadków.


Największe zauroczenie.

Chelsea Wolfe – Abyss

abyssPoczątkowo zapowiadał się murowany kandydat do tytułu albumu roku. „Iron Moon”, „Survive” i przede wszystkim genialne „Carrion Flowers” to jednak trochę za mało by wygrać w tym roku. Szkoda, że z czasem płyta okazała się bardziej nierówna niż mi się to początkowo wydawało. Może też mi się trochę przejadła, bo ostatnimi czasy już tak często do niej nie wracam, a przecież zaraz po premierze katowałem non stop, godzinami na pętli. Może właśnie przez to uczucie się trochę wypaliło, miała być miłość życia, wyszła przelotna, lecz pamiętna i namiętna przygoda. Tym albumem Chelsea zyskała jednak moją dozgonną sympatię i teraz już każdego kolejnego jej albumu będę wyczekiwał z zapartym tchem.


Najlepsza płyta. No prawie.

Steve Von Till –A Life Unto Itself

von tillMimo że Von Till to jeden z moich muzycznych bogów, to ten album i tak był zaskoczeniem. Po ostatnim poprawnym Neurosis i co najwyżej ciekawym projektem z piosenkami Van Zandta nie spodziewałem się czegoś aż tak pysznego. O Łysym z Neurosis nie od wczoraj można mówić jako o muzyku w pełni ukształtowanym i dojrzałym, a ta płyta jest tego najlepszym potwierdzeniem. Ta dojrzałość, mądrość życiowa i muzyczna wypływa z każdym dźwiękiem „A Life Unto Itself”, z każdą pojedynczą nutką wręcz. Wierzę temu gościowi na słowo i byłbym w stanie uwierzyć nawet jakby mi zaśpiewał, że Deafheaven to najlepszy zespół black metalowy wszech czasów, a Batushka to side project Rojka. W tym roku ma się pojawić nowa płyta Neurosis i niby nie spodziewam się wiele, nie wiem, w którą stronę chcą pójść, ale przez osobę tego gościa wiem, że kału nie będzie. Mimo tylu lat na karku, tylu płyt w dyskografii Steve może jeszcze wiele osiągnąć. I osiągnie.


Najlepsza płyta. Po prostu.

Batushka – Litourgiya

litourgiyaVeni, vidi, vici. Na taki album czekałem cały rok. Taki, który od razu mną zamiecie, wskoczy do odtwarzacza na kilka repeatów i nie zejdzie nawet odciągany końmi. Album – wydarzenie na polskiej scenie. Płyta, którą słuchały osoby nie mające praktycznie żadnej styczności z black metalem, a nawet omijające tę szufladkę szerokim łukiem. I co więcej jest to płyta, która takich nie-blackowców potrafiła zachwycić. Ja jestem zachwycony za każdym razem. Opinii na temat tego albumu było już mnóstwo. Że imidż zerżnięty z Ghost, że jadą na tanim chwycie wpuszczenia tremolo i blastów do cerkwi i poza tym nie mają nic do zaoferowania, że wszystko to już dawno temu wymyślili w Norwegii, a na „Litourgiya” dodano tylko zaśpiewy popa zza Buga. Takie pierdolenie. Po więcej szczegółów odsyłam do recenzji Emefa, gdzie znajduje się również krótka notka ode mnie na temat tego dzieła. Czy arcydzieła to się jeszcze okaże.


A co w 2016? Neurosis i Swans z rzeczy potwierdzonych, pewnych i wyczekiwanych. Coś Nihil powinien wypuścić skoro w poprzednim roku z niczym nie wyskoczył. Niedługo premiera Entropii, a i Behemoth  oraz Thaw coś nagrywają, Tides From Nebula na ukończeniu, Hecker ma wydawać i Bonobo nagrywa. Będzie czego słuchać, a oprócz tego może, hehe, Tool? No przecież grają już live nowy kawałek, więc może w końcu? Nie? No to dajcie więcej zaskoczeń w stylu Batushki i Katie Caulfield, dalszego rozwoju rodzimego blacku i noise’u. Może eksplozji na kolejnej scenie? Pinindzy na płyty i koncerty. Tego sobie życzę.

Masta

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii felietony i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s