Non Opus Dei – Diabeł (2015)

non opus dei

Non Opus Dei to zespół o ugruntowanej pozycji na naszej scenie black metalowej. Może nikt nigdy nie stawiał ich w pierwszym szeregu obok Furii czy Mgły, jednak ktoś kto potrafi trzymać poziom na odcinku kilkunastu lat i kilku albumów, nie może być byle ogórem. Sam jednak nigdy bliżej nie interesowałem się dorobkiem tej grupy. Po przesłuchaniu „Diabła” wiem już, że mam co nadrabiać.

Nie wiedzieć czemu miałem ich wcześniej za grupę ortodoksów. To mnie skutecznie odstraszało od sięgnięcia po dorobek olsztynian. Skąd takie mniemanie? Nie wiem, może gdzieś natrafiłem na takie tagi, może to za sprawą nazwy, chrzanić. Gdy w końcu mój odtwarzacz został opanowany przez „Diabła” moje obawy okazały się bezpodstawne. Okazało się bowiem, że Non Opus Dei nie jest grupą zatwardziałych w kulcie czerni wyznawców Szatana, ale muzycznie prezentują podejście o wiele bardziej nowoczesne i awangardowe. Black metalowe wydawnictwa ostatnich lat w naszym kraju już przyzwyczaiły do najwyższego poziomu produkcyjnego i dbałości o najlepsze brzmienie. Dlatego ta czytelność płyty już mnie tak nie zaskakuje, choć w jej kontekście należy to szczególnie podkreślić. Akcja na „Diable” dzieje się bowiem na kilku planach i wielu smaczków można doszukiwać się w tle. To co mnie najbardziej przekonało do tego albumu to mechaniczna gra sekcji rytmicznej. To właśnie bas z perkusją są w głównej mierze odpowiedzialni za apokalipsę zawartą na płycie. Kobong w wersji black metalowej? Poproszę podwójną porcję! Wystarczy posłuchać „Władcy ropuch” albo „Pustki twojej we mnie”, zrozumieć o co mi chodzi. I właśnie te wolniejsze utwory zrobiły na mnie największe wrażenie. Gdy prym wiedzie rytm i bardzo specyficzny groove, gitary dostarczają riffy pełne dysonansów, sprzężeń i dysharmonii. Kolejne odwołania do sceny matematycznej tym razem bliższej staremu The Dillinger Escape Plan (początek „Plonów„)? Może, ale zachowując swój styl bliższy francuskiej scenie black metalowej i odpowiednią ilość szatana, czyli nie Dillingery a Deathspell Omega. Te matematyczne łamańce nie tworzą jednak chaosu, zmiany riffów nie są nagłe, poszczególne utwory jak i cały album stanowią monolit, pewną koncepcyjną całość. Jest jednak coś co ten odbiór „Diabła” nieco psuje, a mowa o dwujęzyczności albumu. Część utworów jest po polsku, część po angielsku. Nie rozumiem takiego podejścia, nie wiem co zespół chciał przez to osiągnąć, widocznie diabeł pomieszał im języki. Na który język zdecydowałbym się na miejscu Non Opus Dei? Na polski, serio w tym przypadku nasza mowa ojczyzna wypada o wiele korzystniej.

Black metal i w tym roku ma się dobrze, a nasza rodzima scena znowu pokazała, że obecnie powinna być określana jako ta wiodąca. Tegoroczne wydawnictwa Mgły, Batushki i Non Opus Dei dostarczyły mi kolejnych powodów do dumy.

Masta

diabeł


  1. Milk of Toads [5:16]
  2. In the Angles of Her Sigil [1:22]
  3. Władca ropuch [5:02]
  4. Gold-Finding Hen, Kiss-Finding Whore [4:25]
  5. The Other Side of the Mushroom [2:41]
  6. Pustka twoja we mnie [4:35]
  7. Trickster – Shapeshifter [4:39]
  8. Plony [2:25]
  9. Oko kruka, głowa anioła 4:40]
  10. The Tenfold Gift [0:47]

Całość: 35:52


Skład: Klimorth – gitara, wokal; Gonzo – perkusja; Horizon – gitara; Isil – bas.


Data wydania: 18 września 2015

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Non Opus Dei – Diabeł (2015)

  1. Pingback: Złote Banany 2015 | geometryofsound

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s