Kiedyś było lepij

immortal

Możliwe, że po tym tekście wyjdę na jakiegoś ignoranta. Boję się, że źle przekażę to co mam na myśli i potencjalni czytelnicy nie zrozumieją przesłania poniższych wypocin. Że będę musiał pisać później erratę do erraty celem wyjaśnienia mojego zawiłego toku rozumowania. No ale cóż, pewne przemyślenia chodzą za mną od jakiegoś czasu i chyba pora przestać je w końcu tłamsić w sobie.

Jakieś dwa lata temu zacząłem się na dobre wkręcać w tematykę black metalu. Wcześniej cała ta stylistyka i (w szczególności) jej otoczka solidnie mnie odpychały. Oczywiście były od tego (dość oczywiste) wyjątki: Wolves in the Throne Room, Deathspell Omega, a z rzeczy bardziej wiekowych, stary Ulver czy nawet Burzum. Lecz nawet, gdy katowałem „Paracletus” nie ciągnęło mnie odkrywać korzeni gatunku. Dopiero w momencie, gdy z mojej playlisty przestały schodzić ostatnie dokonania Furii i Odrazy postanowiłem w końcu poszperać w klasyce. Muzykę odkrywam bardzo często za pomocą Rate Your Music (nie zjebcie się tą aktualizacją, bo ukatrupię!), więc gdy chcę znaleźć jakieś interesujące rzeczy w danym gatunku sięgam po topy z chartsów. Zerkam w rankingi najlepszych black metalowych albumów w historii, a tam w czołówce zatrzęsienie gości z wymalowanymi ryjami z Norwegii strojącymi groźne miny i traktującymi całą sprawę bardzo serio. Mogę mieć w dupie całą otoczkę i ideologię, ale muzykę warto sprawdzić, żeby mieć jakiś punkt odniesienia dla rzeczy nowych – myślę sobie. Poprosiłem o radę ludzi w gatunku bardziej obeznanych, w tym kolegę Emefa, i otrzymałem masę rekomendacji. No więc słucham sobie Emperor, Dissection, Bathory, Marduk, Mayhem i… Nie trafia to do mnie ni w ząb. Słyszę te patenty wykorzystywane przez współczesne zespoły, mogę dostrzec odwołania w nowych albumach do protoplastów, ale sami ci protoplaści mnie nie zachwycają. Serio wolę włączyć nawet takie „Sunbather” niż słuchać „Blood Fire Death”. Czy to świadczy o tym, że jestem ignorantem? Że się chuja tam znam? Że jestem kimś gorszym, bo nie doceniam klasyki? Błąd, klasykę doceniam, szanuję cały ten dorobek, bez którego pewnie nigdy „Martwa Polska Jesień” by nie powstała. Ale czy to źle, że wolę w odtwarzacz wrzucić „Enemy of ManKriegsmaschine zamiast „Panzer Division Marduk”? Początkowo zastanawiałem się czy nie szukać w tych początkach gatunku więcej, że może w końcu trafię na coś co mnie poruszy, ale czy jest sens się męczyć skoro muzyka współczesna rusza mnie o wiele bardziej? No właśnie chyba nie ma sensu. Poznałem co miałem poznać, wiem mniej więcej od czego się zaczęło, ale nie muszę być chodzącą encyklopedią i zmierzam do tego, że nikt nie musi. Nosz kurde, zanim na dobre zacząłem słuchać black metalu, to wplataliśmy jego elementy z kumplem w nasze post-metalowe kawałki. I żaden Satyricon nie był mi do tego potrzebny.

Black metal jest tutaj tylko punktem wyjściowym, zapalnikiem, który zmusił mnie do napisania tego tekstu, bo jest tak z każdym gatunkiem muzycznym. Fan thrashu nie musi znać na pamięć dyskografii Kreatora, żeby czerpać radość z dorobków młodych zespołów. Słuchacze Tesseract, co chyba często się zdarza, nie szaleją za Meshuggah, a o Kobong to w ogóle w życiu nie słyszeli. Żaden twórca muzyki elektronicznej nie musi mieć plakatu Kraftwerk nad łóżkiem. Nie trzeba nawet mieć na półce „Wish You Were Here”, żeby powiedzieć o sobie, że się zna na muzyce rockowej. To jedna strona medalu. Z drugiej warto te rzeczy w jakimś stopniu znać, żeby właśnie nie wyjść na przysłowiowego ignoranta. Żeby takiego Nergala nie nazywać jakimś Prometeuszem, bo przecież wcześniej był taki gość jak Chuck Schuldiner.

Takich przykładów można mnożyć. Muzyka starzeje się jak każde inne dzieło kultury. Film z lat 50-tych ogląda się raczej ciężko i takiego „Obywatela Kane’a” nadal mam tylko w planach, bo na razie wolę sobie nadrobić trochę rzeczy mi bliższych. Oczywiście pewne rozwiązania, melodie pozostaną aktualne na zawsze, tak jak fabuły starych filmów. Ale sama produkcja często swoim archaizmem odpycha i ja to rozumiem, ja to szanuję (ale kto by nie chciał usłyszeć „Paranoid” z brzmieniem rodem z „Dopethrone„?). Jednym przeszkadza to bardziej, innym mniej. Są też tacy, którzy urodzili się totalnie nie w swoich czasach i dali by się pokroić by zobaczyć The 13th Floor Elevators. Ja mam 25 lat, nie pamiętam tamtych czasów i nie muszę do nich wracać by cieszyć się dobrą muzyką. Czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą, że muzyka nie kończy się na hitach eski i nie trzeba naprawdę długo szukać by znaleźć coś naprawdę interesującego, wartościowego i z tego roku. Kiedyś naprawdę miałem większe ciśnienie by się zaznajamiać z historią muzyki w ogóle. Dużo słuchałem Doorsów, Floydów, Black Sabbath, odkrywałem po trochu jazz pokroju Coltrane’a, Davisa czy Mingusa, ale od jakiegoś czasu już mi się zwyczajnie nie chce. Wokół nas dzieje się naprawdę dużo ciekawych rzeczy. W zeszłym roku mieliśmy w naszym kraju prawdziwy renesans black metalu, wcześniej tą całą modę na retro rock, która na dobrą sprawę trwa nadal, a ten rok minął nam pod znakiem noise rocka i może warto zwrócić większą uwagę na to co się dzieje teraz niż lata temu. Już nikt z nas (raczej) nie pójdzie na koncert Ewy Braun, ale może warto pójść na Złotą Jesień albo Sierść?

Dlatego wkurwiają mnie stwierdzenia typu „kiedyś muzyka była lepsza” i to nie wypowiadane przez 40-latka z trójką dzieci, ale moich rówieśników z naszywką Slayera na kostce. A to chyba świadczy o większej ignorancji niż moja nieznajomość spuścizny Mayhem. Nie dajmy się zwariować, bo będziemy niczym redaktorzy Teraz Rock piszący setny artykuł o Led Zeppelin. Wolicie opowiadać wnukom o tym jakie fajne było „Reign in Blood” zamiast sprzedać im historię, że w moich czasach to się słuchało kolejnych zajebistych kolaboracji The Body? Że chuj tam Burial czy Ben Frost, bo Eno to kiedyś robił prawdziwą muzykę? Dobra i wartościowa muzyka powstaje nadal i chyba warto ją docenić przed śmiercią, a nie odkrywać po latach i żałować, że się na piwniczny koncert późniejszej legendy nie poszło. „Słowacki wielkim poetą był” – a chuja tam, mogę się nie zgodzić. „To jest Chopin, jakżeż go nie słuchać” – a kto mnie zmusi?

Masta

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii felietony. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Kiedyś było lepij

  1. Schematyk pisze:

    Ależ mój drogi, masz słuszną słuszność. Do korzeni najbardziej naturalnie dociera się poprzez zainteresowanie tym, co teraz. A sabatowskie (szacun, rzecz jasna) riffy „ciężkie same w sobie bez przestera”, jak mi kiedyś klarował jeden kolega w typie tych, których tu przywołujesz, możemy spokojnie zostawić najbardziej zajaranym. To, że jestem wielkim fanem „Rebel Extravaganza” Satyriconu, w ogóle nie przeszkadza mi w słuchaniu „Stick Stickly” Attack Attack. I nie wydaje mi się, żeby na poziomie mocy była tu jakaś znacząca różnica.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s