Katie Caulfield – Sow-thistles (2015)

katie

Gdzie ja popełniłem błąd? Zacząłem się zastanawiać, gdy zobaczyłem ile zarabia rok młodszy ode mnie Neymar. Gdzie ja popełniłem błąd? Zacząłem się zastanawiać, gdy zobaczyłem, że Katie Caulfield, to nie zespół trzydziestolatków, a gości, którzy góra dwa lata temu zdali maturę. Takie szczury wydają świetne płyty, a mój zespół ma problem się stawić w pełnym składzie na próbę, nosz kurwa…

Koniec wylewania żali nieudacznika, skupmy się na tym co istotne. Zespół podsyłając swój debiutancki album próbował nas zachęcić słowami „To płyta, przy której nagrywaniu prawie umarliśmy”. Takie pierdolenie jakich wiele. Do tego niezbyt zachęcająca okładka i już na wstępie można ich było wziąć za gówniarzy z przerośniętym ego, którzy myślą, że robią coś szczególnego. Po przesłuchaniu albumu musiałem zweryfikować swoje wcześniejsze tezy, bo chłopaki naprawdę zrobili coś szczególnego. Gdy pierwszy utwór zaatakował swoim lo-fi brzmieniem, a pierwsze riffy brzmiały niczym z „EsionEwy Braun, stwierdziłem, że to musi być jakiś fake. Raz, że nikt tak już nie gra. Dwa, że jeśli już to na pewno nie banda nastolatków, którzy choć w latach 90-tych urodzeni, to mogą je pamiętać co najwyżej z opowieści i kolekcji bravo starszej siostry. Jednak „Sow-thistles” to nie tylko nostalgia za Ewą Braun. Wiadomo, że skoro Ewa to i Slint musi się przewinąć, ale nie zapomniano o dodaniu elementu własnego, który będzie kazał klasyfikować Katie jako twór autonomiczny a nie odtwórczy. I tak mamy pewną dozę skrzypiec, które potrafią solidnie zajazgotać (najlepsze na płycie „Love”), ucieczki w grunge (i to nie tylko za sprawą wokalisty, który brzmi jak Kurt Cobain w wersji półtora promila) a także pewne inspiracje My Bloody Valentine. Dorzućmy do tego syfiaste brzmienie, pewną niedbałość, proste, ale niebanalne kompozycje, szczerość, a mamy album dojrzały, prawdziwy, taki który nagrywa się już mając jakieś doświadczenie na scenie albo dostęp do solidnych prochów.

To krakowskie trio chyba coś oszukuje. To muszą być jakieś jaja, ktoś inny to nagrał i dla beki wstawił zdjęcia gimbazowego zespołu. Już tak całkiem na serio, to chyba najciekawszy debiut na jaki trafiłem od czasu pierwszej płyty The Stubs. I co najmniej takiego sukcesu jaki odnieśli warszawiacy życzę ich trzem kolegom po fachu z Krakowa.

Masta

sow


  1. Children with Sow-thistles in Their Mouths [4:15]
  2. Mother [1:53]
  3. F [1:25]
  4. Emily Hurdles [2:31]
  5. Jesus [5:04]
  6. Love [4:23]
  7. Exile [3:27]
  8. Nails & Nails [3:38]
  9. Katie Caulfield [8:26]
  10. Paradise [1:57]
  11. Gauloises [4:19]

Całość: 41:16


Skład: Michał Piech – perkusja; Katie Hurdles – gitara, wokal; Paweł Tasak – bas.


Data wydania: 8 lipca 2015

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Katie Caulfield – Sow-thistles (2015)

  1. Pingback: Złote Banany 2015 | geometryofsound

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s