Steve Von Till – A Life Unto Itself (2015)

steve

Steve Von Till – wielki, brodaty łysol, wytatuowany od stóp do głowy, na co dzień nauczyciel w szkole podstawowej. Do tego po godzinach drący japę i szarpiący za struny w zespole metalowym. W Polsce by to nie przeszło. Von Till ma też inne oblicze – oblicze amerykańskiego barda, mędrca z gitarą. I kto wie czy jako artysta solowy nie ma więcej do przekazania.

Wiadomo latka lecą, nie można całe życie udawać groźnego na scenie. Tym bardziej, że formuła Neurosis też już się raczej wyczerpała. „Honor Found in Decay” to była dobra płyta, jednak w żadnym stopniu nie odkrywcza. Podobny stosunek mam również do „Given to the Rising”. Dlatego zaskoczył mnie album pt. „A Life Unto Itself”. Solowe dokonania Von Tilla jawiły mi się jako standardowe folki, wzbogacone o charakterystyczny głos wokalisty, czasem ujmujące melodią („To the Field” <3), jednak nie wzbudzające przesadnego zachwytu. Może też dlatego, że to nie do końca moja muzyka, ale taki Matt Elliott nie daje mi spokoju od lat, chociaż wokalistą jest raczej przeciętnym. Całe dokonania Von Tilla solo wydawały mi się tylko kaprysem artysty, który potrzebuje odpoczynku od kolegów z zespołu i szuka miejsca na przekazanie idei nie pasujących do koncepcji przyjętych przez macierzystą formację. Początek „A Life Unto Itself” zwiastował raczej kolejny standardowy album Von Tilla w wersji akustycznej. Dwa pierwsze utwory spokojnie mogłyby się znaleźć na którymś z poprzednich albumów artysty, jednak na całe szczęście od razu mnie urzekły. Szczególnie pierwsze na liście „In Your Wings” chwyciło mnie swoją melodią i świetną aranżacją. W ogóle aranżacyjnie cały album jest niesamowicie dopieszczony, co wydaje się jego główną zaletą i powodem, dla którego doń się wraca. Von Till każdy z utworów urozmaicił, w każdym jest jakiś smaczek do odkrycia, który przykuwa uwagę i nie pozwala się od płyty oderwać. W takiej muzyce wydaje się to szczególnie ważne, aby nie uśpić słuchacza zawodzącym głosem i ciągłym powtarzaniem czterech akordów. A więc mamy w tle zestaw smyczków, zgrabnej, delikatnej elektroniki, skromną dawkę przesterów i szumów. Kombinatorstwo Von Tilla ujawnia się tutaj szerzej niż na dowolnej wcześniejszej płycie wydawanej pod jego nazwiskiem. Mało tego, takiemu „Night of the Moon” miejscami bliżej do wcielenia Steve’a jako Harvestman. Cóż jednak po najlepszych aranżacjach, wszelakich bajerach i dźwiękowych spoilerach, które są tylko pieprzem do gówna, jeśli nie ma dobrych melodii. Na szczęście wystarczy puścić takie „Birch Bark Box” czy „Known but not Named” by rozwiać wszelkie wątpliwości, a „A Life Unto Itself” umieścić w czołówce wydawnictw tego roku.

Kultura amerykańska potrzebuje swoich bardów. Zniszczonych życiem, podstarzałych gości o przepitych głosach, którzy śpiewem cedzą cenne kazania. Czy Von Tilla stać aby zająć miejsce koło postaci pokroju Johnny’ego Casha, Toma Waitsa czy Boba Dylana? Szczerze wątpię, by celował w taką pozycję, choć talentem na pewno od nich nie odstaje, a ja na pewno wolę włączyć sobie tego łysego z Neurosis niż dowolny album wyżej wymienionej trójki, choć, żeby nie było, całą darzę ogromnym szacunkiem.

Masta

a life unto itself


  1. In Your Wings [5:30]
  2. A Life unto Itself [7:12]
  3. A Language of Blood [7:47]
  4. Night of the Moon [7:03]
  5. Birch Bark Box [5:43]
  6. Chasing Ghosts [5:26]
  7. Known but Not Named [6:45]

Całość: 45:26


Skład: Steve Von Till – gitara, wokal


Data wydania: 8 maja 2015

Reklamy