Asymmetry Festival 2015

11178207_799235843478901_3284613796165615228_n

Po rocznej przerwie organizatorzy Asymmetry Festival znowu szczelnie wypełnili mi czas w weekend majowy, tym razem – niestety – nie aż tak długi jak bym tego chciał. Właściwie o tym, żeby wydać prawie dwie stówki na wrocławski festiwal skłoniły mnie tak naprawdę dwie rzeczy – przyzwyczajenie i fakt, że Asy mam na miejscu. Pewnie gdybym miał ruszyć dupę dajmy na to do Gdańska czy Krakowa, wykonawcy w rodzaju Russian Circles czy King Dude’a mogliby nie okazać się wystarczającym magnesem. W tym przypadku, jak się okazało, na szczęście byli, bo pieniążki wydane na zakup biletu nie były wyrzucone w błoto. Może dlatego, że w końcu przez te trzy dni świeciło słońce i błota po prostu nie było?

Pierwszy dzień koncertowych zmagań rozpocząłem dopiero od występu Esben And The Witch. Powód był bardzo prosty – występujące wcześniej Sibyl Vane, Dead Western i Fenster pominąłem z pełną premedytacją, bo twórczość tychże jakoś nieszczególnie do mnie przemawiała. No, może na Dead Western rzuciłbym okiem, ale ponoć dupy nie urwało, także tego… Za to Esben ładnie zagrali, serio. Studyjnie muzyka zespołu w większości sprawia wrażenie mało dynamicznej, jednak na scenie trio udowodniło, że nawet nieco pozbawione życia piosenki mogą być mocnymi, pełnymi energii strzałami. Mimo drobnych potknięć, Esben And The Witch zagrał bardzo emocjonalny, pełen zaangażowania koncert, ze świetnie wykonanymi „No Dog” i „Marching Song”. Co ciekawe, grupa już na samym początku setu zaserwowała najbardziej znane przeboje, dlatego może pod koniec występu emocje nieco opadły, ale mimo wszystko byłem pod dużym wrażeniem – zwłaszcza, że wcześniej spotkałem się z opiniami, jakoby nie był to szczególnie dobry zespół na scenie. Gówno prawda.

Kompletnie nie trafił do mnie za to występ Fennesza. To znaczy może powiem tak – widać było, że Austriak nieźle się bawi, klikając sobie coś tam na laptopie i od czasu do czasu zapodając potężnie przesterowane i zniekształcone partie gitar. Ja jednak bawiłem się średnio, bo widok gościa, który puszcza muzykę z komputera to nie do końca to, co chciałem zobaczyć po dobrym występie Esben And The Witch; podobnie nie trafiały do mnie też dźwięki tworzone przez Fennesza na deskach Firleja. Doceniam, że jest to dość uznana postać na scenie, ale to po prostu nie był koncert skierowany do takich ludzi jak ja. Nie wiem, może jestem ignorantem, ale o ile w domowym zaciszu lubię od czasu do czasu posłuchać ambientu i podobnych (choć nie powiedziałbym też, że jakoś bardzo), o tyle na żywo tego typu muzyka mnie nudzi. Tym razem niestety nie było inaczej.

Na końcu na scenie pojawili się Belgowie z We Stood Like Kings, serwując ogólnie średnio porywający, do bólu klasyczny i schematyczny post-rock. Bez wątpienia byli jednak jednym z lepiej brzmiących zespołów, co zapewne było wynikiem delikatnego przekręcenia pokrętła volume w lewo. Swoje zrobiły też fajne wizualizacje w postaci filmu „Berlin: Die Simfonie die Grosstadt”. Jarek Szubrycht w swojej relacji z festiwalu pisał, że muzycy zasłaniali jednak obraz i do tego byli kompletnie niezgrani. Nie zgodzę się – ja widziałem bez żadnego problemu cały ekran, natomiast dźwięk może nie był idealnie skorelowany z filmem, jednak z reguły wszelkiego rodzaju wizualizacje są dużo bardziej z chuja wzięte. Wbrew pozorom muzyka Belgów stanowiła całkiem udane tło dla filmu autorstwa Waltera Ruttmanna, bo – biorąc pod uwagę bierną postawę muzyków na scenie – tak to trzeba nazwać. I o ile nie był to występ w żaden sposób porywający, o tyle był nawet na swój sposób intrygujący, aczkolwiek chyba większa w tym zasługa puszczanego za plecami muzyków filmu, niż samego zespołu.

 

Drugi dzień koncertowych zmagań rozpocząłem od występu szwedzkiego Black Pyramid, którego energetyczny stoner metal sprawdza się równie dobrze na scenie, co na płytach studyjnych. Ba, Szwedzi na deskach Firleja zdecydowanie dolali oliwy do ognia, brzmiąc równie mocno i porywająco, co selektywnie. Wszystko to sprawiło, że stosunkowo prosta muzyka grupy trafiła celnie w punkt, zapewniając około godzinę przedniej zabawy.

Pewien problem mam natomiast z Zeni Geva. Widziałem ich już kiedyś na żywo, na Offie bodaj w 2012 roku, i zarówno wtedy, jak i teraz nie za bardzo do mnie trafili. Doceniam kompletnie inne podejście do grania muzyki ekstremalnej, wyraźnie naznaczone azjatyckim charakterem, jednak na żywo ponad precyzję wykonania i techniczny kunszt przedkładam po prostu dobrą zabawę. A tej na koncercie Japończyków zwyczajnie zabrakło. W pewnym sensie to zasługa ogólnego wydźwięku muzyki Zeni Geva – nie jestem wielkim zwolennikiem tego typu wygibasów i bardziej cenię sobie prostsze, bezpośrednie podejście. Mnogość przejść, zmian tempa i utkanie dziesiątek riffów w jednym numerze sprawiły, że nie mogłem do końca wejść w ten koncert. Niby czułem, że kości trzeszczą, ale brakowało mi tej pierwotnej siły, która by je do reszty pogruchotała.

Królem drugiego dnia Asymmetry Festival okazał się – co nie powinno bardzo dziwić – King Dude. Koleś to naprawdę typowy cwaniak, śliniący się co chwilę do publiki, która z entuzjazmem reagowała na niewyszukane żarciki i konferansjerkę Amerykanina. No i powiem Wam, że naprawdę chuj z tym; domyślam się, że w większości ten koncert był typowym odegraniem zaplanowanej z góry roli, swego rodzaju przedstawieniem, ale i tak świetnie śpiewało się, że Lucyfer jest światłem świata, a każdy kolejny numer coraz bardziej nakręcał mnie do zabawy. No, może za wyjątkiem ostatnich dwóch piosenek, kiedy Koleś odstawił gitarę i zaczął mruczeć przy akompaniamencie klawiszy. Ponoć w trakcie występu Matta Elliotta King Dude grał pod Firlejem w zamian za papierosy, jednak niestety nie byłem świadkiem całego wydarzenia.

Występ Anaal Nathrakh podczas wrocławskiego festiwalu został odwołany w nocy poprzedzającej koncert i muszę przyznać, że byłem bardzo rozczarowany, gdyż mocno liczyłem, że Brytyjczycy solidnie pokiereszują mi kości. Szkoda – dobrze chociaż tyle, że posiadacze karnetów na Asymmetry będą mieli prawo wejścia na zapowiadany na bliżej nieokreśloną przyszłość koncert Anaal Nathrakh w tym samym miejscu. Wcześniejszy niż planowano występ Matta Elliotta nie przyciągnął tłumów, jednak ci, co się stawili, z pewnością nie żałowali. Elliott zaprezentował kompletnie inne podejście niż grający przed nim King Dude – praktycznie zerowa konferansjerka, brak żartów, widać było, że granie na scenie ewidentnie go peszy. Jednak mimo to olbrzymi ładunek emocjonalny zaklęty w jego piosenkach sprawił, że dałem się całkowicie omamić jednemu gościowi z gitarą – prawdę mówiąc nie wiem czy nie bardziej, niż Dude’owi. Z pewnością Matt był bardziej szczery, a niedająca się ukryć trema dodatkowo wpływała pozytywnie na autentyczność występu. Facet obronił się muzyką i tylko muzyką, dając jeśli nie najlepszy, to na pewno najbardziej emocjonalny występ całego festiwalu.

 

Moja słabość do post-rocka wyraźnie ujawniła się trzeciego dnia festiwalu, kiedy – bez większych nadziei, ale jednak – wybrałem się już na pierwszy tego dnia występ Sleeping Bear. Koncert Ukraińców przypomniał mi, skąd wzięło się określenie shoegaze, bo ci wyglądający na głodnych studentów chłopcy początkowo grali stale gapiąc się na porozstawiane na scenie efekty. Jednak w miarę, jak przybywało ludzi, zespół ewidentnie się rozkręcał, serwując solidną dawkę post-rockowego rzemiosła, a im bardziej żywiołowo reagowała publika, tym i muzycy coraz mniej gapili się pod nogi, starając się po prostu dobrze bawić. Wszystko to zaowocowało owacją niewiele krótszą niż sam koncert, która zdecydowanie zaskoczyła muzyków. Sądzę jednak, że mimo tremy i praktycznie zerowego scenicznego image’u, należało się chłopakom; pod koniec wyraźnie się rozkręcili, czerpiąc naprawdę sporo radości z grania, zatem pozostaje tylko żałować, że ich występ trwał zaledwie pół godziny.

Również pół godziny grali Helms Alee i jeśli o mnie chodzi, było to największe zaskoczenie tegorocznej edycji Asymmetry. Zespół złożony z (prawdopodobnie) zjaranej perkusistki, brodatego chłopa mającego problem z nadmierną potliwością i wielkiej Murzynki o twarzy Billa Cosby’ego zostawił na scenie mnóstwo serca, nie szczędząc bębenków stosunkowo sporej publiczności. Energia udzieliła się większości ze zgromadzonych pod sceną ludzi i podobnie jak w przypadku Sleeping Bear, tak i teraz pozostał żal, że Helms Alee grali tak krótko.

Chwilę później na deskach Firleja pojawili się muzycy The Ocean, dając bardzo zaangażowany, w pełni profesjonalny i udany koncert. Instrumentalna wersja albumu „Pelagial” sama w sobie może nie oferuje jakoś bardzo wyszukanych rozwiązań, jednak w relacji ze świetną grą świateł i dużą pasją efekt finalny był co najmniej zadowalający. Co ciekawe, grając instrumentalnie The Ocean przemówił do mnie znacznie bardziej niż w 2012 roku, kiedy widziałem ich podczas czwartej edycji Asymmetry Festival, choć – za wyjątkiem braku wokalisty – sama muzyka nie zmieniła się praktycznie wcale.

Torche to kolejny zespół, na którego bardzo liczyłem i prawdę mówiąc nie zawiodłem się. Okej, brzmienie było fatalne – wokal trzeba było sobie właściwie wyobrażać – ale widząc gości grających z bananami na mordach wiedziałem, że jestem w odpowiednim miejscu. Mimo problemów technicznych, ze sceny dosłownie leciały iskry, a niejaki pan Janusz (czyt. Steve Brooks) jeszcze dodatkowo nakręcał publikę. Autentycznie, zawadiacki wąs wokalisty Torche to imidżowy majstersztyk; wierzę, że niejedna dziewczyna miała mokro na jego widok. Wracając do meritum – występ Amerykanów to była czysta energia, czysta zabawa, czyli dokładnie to, czego oczekiwałem. Pozostaje tylko żałować, że nagłośnieniowiec kompletnie spierdolił robotę – w innym przypadku byłby to jeden z najlepszych koncertów festiwalu.

Finałem tego dnia, jak i całego Asymmetry, był sporo opóźniony, a przez to również krótki (zaledwie jakieś 45 minut) występ Russian Circles. Jestem wielkim fanem dwóch pierwszych płyt i bardzo liczyłem, że panowie zagrają jednak więcej numerów z „Enter” i „Station”. Niestety, poleciał tylko utwór tytułowy z drugiej płyty i sądząc po reakcji publiki, nie tylko ja miałem nadzieję na więcej starszego materiału. To właśnie przy tym utworze publiczność wykrzesała z siebie najwięcej. Technicznie koncert Russian Circles był bez zarzutu – świetna gra świateł (przy tym warto zaznaczyć – bardzo prosta, lecz idealnie skorelowana z muzyką) oraz niezłe brzmienie, jednak uczestnicząc w tym występie miałem wrażenie, że oglądam trochę znudzonych robotą rzemieślników, a nie pełnych pasji artystów. Nie do końca na to liczyłem, podobnie jak większość lekko rozczarowanych fanów. Zabrakło ognia, zabrakło pełnego zaangażowania, zabrakło potu i krwi na scenie.

Tegoroczna edycja Asymmetry Festival obyła się bez wielkich nazw, jednak mimo to kameralna atmosfera festiwalu, świetna pogoda i wcale nie gorsze koncerty sprawiły, że nie żałuję ani złotówki z pieniędzy wydanych na bilet. Nienajlepsza frekwencja powinna przemówić organizatorom do rozsądku i mam nadzieję, że w przyszłym roku uda się sprowadzić do Wrocławia wykonawców na miarę Mayhem, Electric Wizard, Sleep czy Cult Of Luna, którzy grali na wcześniejszych edycjach. No, w każdym razie na mnie pan Robert Chemielewski może liczyć – przyszłorocznego Asymmetry nie opuszczę, obiecuję.

Emef

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Relacje i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s