Rekoblekcje: Ved Buens Ende

ved

Pierwsza odsłona cyklu Rekoblekcje mającego prezentować nieortodoksyjne oblicza black metalu, gatunku, który zawsze wydawał mi się najciekawszy na obrzeżach. Czyli tam, gdzie przenika się z wpływami obcych stylów, nie tracąc jednocześnie nic ze swojego czarnego rdzenia. Na dzień zły Ved Buens Ende, jeden z pierwszych i bardziej zasłużonych projektów „poszukujących”.

Wiele istot zanurzonych w podziemnym bagnie wznosiło ostatnio liczne toasty dla krakowskiej Odrazy, duetu dokumentującego fizyczne upadki osobników ochoczo napędzających krajowy rynek alkoholowy. Szczególnie zapadł mi w pamięć wywiad ze strony Magazynu Gitarzysta, w którym imć Stawrogin delikatnie napomknął o „szacunku dla wrażliwości ucha Carla Michaela Eide”. Nie trzeba zresztą wywiadu czytać, by dostrzec oczywiste podobieństwa brzmieniowe obu zespołów. Deliryczne dysonanse w black metalu nie narodziły się w Polsce dwudziestego pierwszego wieku, lecz w norweskich latach dziewięćdziesiątych. Właśnie wtedy, a dokładniej w roku bezPańskim 1994, powstał jeden z kluczowych projektów tamtejszej sceny, wcześniej funkcjonujący jako Manes (którego nie należy mylić z innym Manesem, wydawanym obecnie przez Debemur Morti Productions) pod wodzą niejakiego Vicotnika (który współzakładał również działające wciąż Dødheimsgard).

thoseSwoją unikalność projekt zawdzięcza jednak przede wszystkim wyżej wymienionemu Carlowi Michaelowi Eide, stojącemu za psychodelicznymi partiami gitar z charakterystycznym rozsnutym basem oraz z transowym wokalem, które budują klimat V.B.E. już na demówce z 94′, „Those Who Caress the Pale”. Przy czym tu zespół brzmi dość topornie – nie żebym miał coś do toporów w black metalu, po prostu czuć, że Norwegowie nie rozwinęli jeszcze w pełni swoich możliwości. Sygnalizują co prawda kierunek obrany później na debiucie, z którego dwa utwory znalazły się już na demo, dają nawet próbkę ambientowej kakofonii, jaka później uwieńczy „Written in Watters”. Lecz ani brzmieniowo, ani instrumentalnie wciąż jeszcze nie powalają. Jako ciekawostkę dodam, że nasze rodzime Alne pokryje „A Mask in the Mirror” z kasety na swojej nadchodzącej płycie.

Tymczasem nadchodzi rok 1995. W październiku nakładem Misanthropy Records ukazuje 4się debiutanckie CD „Written In Waters”, pierwsze i ostatnie w karierze zespołu. Już początkowe dźwięki „I Sang For the Swans” zwiastują coś niezwykłego. Przede wszystkim spory skok kompozycyjny i brzmieniowy, ale też gęstszy klimat, klimat przesycony ozonem burzowego niepokoju, nordyckim pogaństwem i magią, wreszcie: uczuciem straty czegoś niewypowiedzianego, za to jak najbardziej zagranego. Otwierający całość utwór jest jednym z najmocniejszych na płycie obok drugiego, rozkołysanego „You, That May Wither”, czwartego, strzelającego szalonymi riffami „Den Saakaldte” i zamykającego „Written…” „Remembrance of Things Past” z majestatyczną, umierającą w powolnych męczarniach końcówką. Długograj poprzetykany jest też ambientowymi wstawkami, o których wspomniałem już przy okazji dema, przywodzącymi na myśl zgiełk średniowiecznego targowiska. W jednym z utworów wokalnie udziela się również Lill Kathrine Stensrud, szerzej nieznana z pięknych partii głosowo-fletowych na kanonicznym „Bergtatt” Ulvera. Clue tego albumu opiera się jednak przede wszystkim na zestawieniu prog-rockowej wirtuozerii rodem z King Crimson z naprawdę siarczystym black metalem (za który należy winić z pewnością Vicotnika), choć ten jest raczej wyjątkiem niż regułą. Szkoda, że na tym kończy się historia Ved Buens Ende

virus…I zaczyna historia Virus. Muzyczna osobowość C. M. Eide właśnie w tym projekcie znalazła swoją kontynuację, tym razem bardziej w kamiennej niż metalowej postaci (łudząco podobną drogę muzyczną przebyło włoskie Ephel Duath). I trzyma poziom już od pierwszej płyty, „Carheart”, której liryki opiewają tajemnicze związki pomiędzy psami, ludźmi oraz automobilami. Ewolucja z krążka na krążek jest może powolna, za to każdy stanowi udaną odmianę sprawdzonej formuły pt. „poszarpane akordy + ślimaczy bas + oniryczny wokal + momentami transogenna, momentami połamana, acz zawsze precyzyjna jak wszyscy diabli perkusja”. Którą to formułę słyszymy już na samym początku… czyli Na Końcu Tęczy.

P.S. Co prawda były jeszcze próby reaktywowania zespołu w latach 2006-2007, a nawet wydania albumu oscylującego między dokonaniami Virus a V.B.E., lecz niestety spełzły na niczym. Czyli na jednej nagranej próbie, z której materiał i tak w większości poszedł na kolejną płytę Virus, „The Black Flux”.

Saturnijski

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Czynniki pierwsze, felietony, Wydział archeologii i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s