Spoiwo – Salute Solitude (2015)

spoiwo_foto_by_skazeusz

Naprawdę rzadko się zdarza, żebym entuzjastycznie reagował na wiadomości w rodzaju: „Cześć, xxxxxxxx to mój zespół, może chciałbyś napisać recenzję?”. Prawda jest taka, że niewiele było przypadków, żeby moje sceptyczne nastawienie się nie sprawdziło, zwłaszcza kiedy z nazwą grupą spotykałem się po raz pierwszy. Na całe szczęście Spoiwo znałem już wcześniej i – wreszcie, chciałoby się rzec – moja reakcja na tego typu prośbę była zupełnie inna. Tym razem po prostu chciałem posłuchać tego krążka.

W dużym skrócie, Spoiwo to zespół post-rockowy, jednak nie stawiałbym go w jednym szeregu z Russian Circles czy God Is An Astronaut. Swoista niemelodyjność i podniosły nastrój kompozycji wskazuje raczej na więcej punktów stycznych z japońskim Mono. Debiutancki album gdańszczan cechują jednak stosunkowo krótkie kompozycje, jednak mimo to muzykom udało się wykreować pełen podniosłej atmosfery, niespieszny i przede wszystkim bardzo spójny klimat. Udało im się także uciec od, co prawda niezbyt często spotykanej w tym gatunku, pretensjonalnej melodyki i (to już spotyka się prawie zawsze) oklepanego schematu kompozycyjnego. Spoiwo, sporo czerpiąc z ambientu i nadając swojej muzyce nieco filmowy charakter, buduje atmosferę, która nie tyle opiera się na wyczekiwanym finale, co raczej na… wyczekiwaniu tego finału. W przypadku gdańszczan to nie epicentrum gitarowego zgiełku jest najważniejsze, lecz stopniowe dokładanie cegiełek, zaś do tak pożądanej ściany dźwięku czasem po prostu nie dochodzi. Po części wynika to z faktu, że swoje utwory zespół buduje głównie na partiach pianina, zdarza się również, że istotniejsza jest rola syntezatora niż gitar. Te jednak także dochodzą do głosu, jak chociażby w gwałtownie urwanej ścianie z końcówki „YOS” – swoją drogą chyba najlepszej kompozycji na płycie. Częściej jednak gitary, razem z prostymi, ale głębokimi partiami bębnów, budują tło dla wybijających się na pierwszy plan innych elementów układanki.

Trzeba było czekać sześć lat (zespół powstał w 2009 roku), by móc w pełni delektować się debiutanckim albumem Spoiwa. Słuchając jednak „Salute Solitude” mam wrażenie, że to nie był próżny okres. Krążek jest dopracowany kompozycyjnie, ewidentnie chłopaki mieli pomysł, jak ten album ma brzmieć i nie spieprzyli tego – mam tu na myśli zwłaszcza sound, bo bardzo często zdarza się młodym kapelom, że choć potencjał jest spory, to katastrofalne brzmienie kompletnie psuje odbiór całości (weźmy Hegemone, o którym pisałem jakiś czas temu KLIK!). „Salute Solitude” brzmi w stu procentach profesjonalnie. Jeśli jesteście już troszkę zmęczeni pojawiającymi się coraz częściej klonami Tides From Nebula (swoją drogą, też klonów), warto sprawdzić Spoiwo. Przynajmniej na naszej scenie to coś świeżego, nie do końca oczywistego i przede wszystkim – coś dobrego. Myślę że mogę polecić.

Emef


COVER


1. Disembrace [04:29]
2. Skin [04:16]
3. YOS [08:19]
4. No Kingdom [03:37]
5. Call Me Home [04:46]
6. Flare [04:16]
7. Years Of Silence [01:48]


 

Skład: Paweł Bereszczyński – bas, syntezator; Piotr Gierzyński – gitara; Simona Jambor – syntezator; Krzysztof Sarnek – perkusja; Krzysztof Zaczyński – bas, syntezator


 

Data wydania: 13 marca 2015


Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s