Płyta tygodnia #37

zagadka

Miało być fajnie i ciepło, ale dziś przypizgało znowu, więc znowu się wkurzamy, więc wyżywamy się thrashem, tudzież dołujemy folkiem. Więc na poprawę humoru śmieszny obrazek u góry, a jak ktoś wie co to za słynny zabijaka się pręży u góry, to fajnie i gratuluję wygrania niczego w naszym kolejnym, świetnym konkursie bez nagród.

Exodus – The Atrocity Exhibition… Exhibit A (2007)

coverOd kiedy zacząłem poważniej interesować się muzyką – czyli od kiedy zacząłem słuchać całych płyt, a nie tylko pojedynczych utworów – zawsze zabierałem się za twórczość poszczególnych artystów od tzw. dupy strony. Najwyższa ocena na RYM? A co mnie to obchodzi? Kultowy status płyty? Zbyt wysokie będę miał oczekiwania i pewnie się rozczaruję. Wolałem raczej kierować się takimi kryteriami, jak miła pod różnymi względami dla oka okładka albo ciekawy tytuł. I nadal głównie tak robię, kiedyś natomiast najczęściej sięgałem po twórczość najświeższą. Tak było z Exodusem – w roku 2008 postanowiłem zapoznać się z legendami thrashu i w przypadku Exodusa sięgnąłem po „The Atrocity Exhibition… Exhibit A”. Zaskoczyło szybko – takie podejście do thrashu było mi wtedy o wiele bliższe niż klasyczne. Ale – o dziwo – po latach, kiedy już polubiłem też łojenie z lat 80., sympatia to „The Atrocity Exhibition” pozostała. Według mnie jest to płyta o cały poziom lepsza od poprzedzającego „Shovel Headed Kill Machine” – więcej pamiętliwych riffów, lepsze kompozycje i ciekawszy klimat. Z perspektywy czasu myślę też, że „The Atrocity Exhibition” jest pokrzepiającym dowodem na to, że po dwudziestu latach nadal można łoić na poziomie i z pomysłem, nie zjadając własnego ogona.

Pan Wąs

The Angels of Light – We Are Him (2007)

we areW 2007 roku swego żywota dokonał jeden z projektów Giry, nad którym skupił się po zawieszeniu Swans. I chociaż to „How I Loved You” uważa się powszechnie za najlepsze dokonanie grupy, to jednak mnie o wiele bardziej zachwycił ostatni album pt. „We Are Him”. Zaczyna się już strzałem w dziesiątkę w postaci „Black River Song”, który z jednej strony chłoszcze pojedynczymi uderzeniami perkusji, a z drugiej koi grą gitary i dzwoneczkami. Gira od zawsze chyba lubił takie kontrastowe zestawienia, więc dziwić się nie ma co. Dalej jest równie ciekaiwe, bo spotykamy się z dosyć dużym rozrzutem gatunkowym. Mamy całkiem przyjemny folk („The Man We Left Behind”), by za chwilę natknąć się na transowy noise rock („My Brother’s Man”). Dalej naszych uszu dochodzą melodie rodem z „White Light From the Mouth of Infinity” tylko Jarboe brak i gitary mają w sobie mniej siary („Not Here, Not Now”). Jest również orleański blues („We Are Him”), jest i duch Jaya Munlego tudzież innego Eugene Edwardsa („Good Bye Mary Lou”). Motywów wartych usłyszenia jest cała masa, więc dorzućmy jeszcze do wyżej wymienionych końcówkę „Sometimes I Dream I’m Hurting You”, spopowiałe „Sunflower’s Here to Stay” i magicznie dostojne, niemal floydowskie „Star Chaser” na zakończenie. Gira z ekipą naprawdę pokazał tutaj swój ogromny wachlarz możliwości, prawdziwą rękę Midasa, że jakiegokolwiek gatunku by się nie tknął to nagra to co najmniej dobrze. Podejrzewam, że te dziadki ze Swans (jeszcze paru innych gości z obecnego składu występowało w The Angels of Light) jakby się wzięły chociażby za black metal, to naprawdę mogłaby z tego wyjść ciekawa rzecz.

Masta

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Płyta tygodnia i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s