Płyta tygodnia #34

kryśtiano smutny

Sezon na chlanie w plenerze jeszcze się do końca nie rozwinął, więc dzisiaj udało nam się stawić w komplecie. Wąsu wybrał się do power-kościółka, Masta włóczy się po mieście z trip-hopami na uszach, a Emef wymierza kolejne ciosy pewnym plastikowym blek metalom. A wczoraj mecz był fajny.

Metal Church – Metal Church (1984)

2587538O tym, że power metal to coś więcej, niż radosna patatajnia z klawiszami i wysokimi wokalami w tle, dowiedziałem się stosunkowo późno – za sprawą Metal Church. To znaczy skądś tam wiedziałem, że jest europejski i amerykański power i że ten europejski jest bardziej patatajowy, ale – myślałem – w gruncie rzeczy różnica jest niewielka. Jednak, jak się okazało, żyłem w błędzie – choć kwestia amerykańskiej sceny jest dyskusyjna, głównie ze względu na fakt, że zbyt wielu utożsamia power z kolorową fantastyką. Jak by nie było – Metal Church przedstawiono mi jako typowego przedstawiciela amerykańskiej sceny. Ok, pomyślałem, zobaczymy na czym to polega. I… Chyba wiem, ale nie będę szafował pojęciem „amerykański power”. Za cienki jestem w uszach na to. Niemniej debiutancki album Metal Church to rzecz warta uwagi dla każdego, kto lubi dobry heavy/thrash (speed?) z lat 80. Czyli, na przykład, dla mnie. Jest tu mnogość świetnych riffów („Gods of Wrath”, moi państwo! Jestem wielkim fanem takich utworów), kompozycje niebanalne, głowa i noga chodzą („Merciless Onslaught”!). Na deser cover „Highway Star”, nie wybitny, ale przyjemny, zwłaszcza dla kogoś, kto zastanawia się, jak ten utwór brzmiałby w wersji nieco podrasowanej. Słowem – warto.

Pan Wąs

DJ Shadow – Endtroducing… (1996)

endtroducingOstatnio niezwykle rzadko zdarza mi się jeździć autem (spróbuj ktokolwiek jeździć obecnie autem po Łodzi, jak połowa ulic rozkopana), a ta płyta bardzo często towarzyszyła mi w moich wojażach, szczególnie tych nocnych. W ciągu dnia zwykle w takich sytuacjach leci „Greenmachine” na full regulator, jednak gdy tylko słońce zniknie za horyzontem w odtwarzaczu ląduje „Endtroducing…”. Ten album zajmuje szczególne miejsce w mojej kolekcji, nie tylko dlatego, że dzięki niemu zacząłem w większym stopniu odkrywać szeroko pojętą muzykę elektroniczną, ale również z takiej przyczyny, że mimo tylu lat niezmiennie dostarcza tej samej porcji przyjemności przy obcowaniu z nim. To, że jest to płyta w 100% zbudowana z sampli, co również czyni ją szczególną wie chyba każdy. I chociaż do „Since I Left You” (ok. 900 sampli) w kategorii ilości wykorzystanych „ścinków” Shadow nie ma startu to jednak poziomem może nawet przykrył Australijczyków, chociaż poza techniką produkcji i pewnym hip-hopowym naleciałościom, obu albumów nie ma co porównywać. The Avalanches postawiło na zabawę motywami, rozbawienie słuchacza i ogólną radość z mieszania dźwięków. Davis z kolei stworzył dzieło niezwykle atmosferyczne, miejscami bardzo wyciszone, choć i bardziej żywiołowe momenty się zdarzają („Number Song”, „Organ Donor”). Wyszła mu płyta idealna do wieczornego spacerku/przejażdżki ulicami miasta. Szkoda, że na późniejszych wydawnictwach coraz bardziej oddalał się od takich eksperymentów, zatracił gdzieś swoją tożsamość i zginął w tłumie hiphopowych producentów. Szczerze to mnie już nawet nie interesuje co obecnie tworzy, wystarczy mi spuścizna w postaci „Endtroducing…”.

Masta

Liturgy – The Ark Work (2015)

Liturgy-The-Ark-WorkW pewnym sensie Masta całkiem trafnie ocenił „The Ark Work” (KLIK!), jednak ten krążek zrobił mi taką wodę z mózgu, że muszę dodać swoje pięć groszy.
Może zacznę od tego, że najwyższa pora zapomnieć o „Aesthethica”. Tegoroczny album Liturgy z black metalem ma już naprawdę mało wspólnego, a obecną twórczość Amerykanów określiłbym jako skrzyżowanie Deafheaven, Swans i dźwięków z Nintendo. Bardzo, bardzo dawno nie słyszałem krążka, który byłby sklecony z tak niepasujących do siebie elementów. Z jednej strony mamy tutaj tradycyjne, znane z poprzedniego albumu tremola i intensywne bębnienie, z drugiej muzycy odważnie, a właściwie to szaleńczo głupio sięgnęli po wszelkiego rodzaju przeszkadzajki – głównie elektronikę, ale są też jakieś dzwonki i syntezatory udające dęciaki. Całość okraszono znanym z „Aesthethica” słodkim aż do bólu soundem, który w tym przypadku brzmi jeszcze bardziej kuriozalnie niż cztery lata temu. To zderzenie „black metalowej” estetyki z podejściem a’la Swans i przesłodzonym brzmieniem składa się na bardzo kalekie monstrum, będące właściwie na granicy słuchalności.
Co mnie jednak najbardziej boli, to nawet nie to, że ta płyta, zarówno brzmieniowo, jak i kompozycyjnie co najmniej irytuje. Bardziej sprawia mi przykrość, że teoretycznie mogło z tego wyjść całkiem fajne wydawnictwo. Mogło, oczywiście, gdyby ktoś poszedł po rozum do głowy i podszedł do kwestii bardziej konsekwentnie. „The Ark Work” sprawia wrażenie raczej ścinków i odrzutów, a nawet kurwa jakiś remixów, niż pełnoprawnego, studyjnego albumu. Jedynym wyraźnym plusem, jaki słyszę w tym muzycznym chaosie, jest gra Grega Foxa, ale to, że jest bardzo zdolnym kolesiem, wiedziałem już dużo wcześniej.
Ten krążek jest tak kuriozalny, pretensjonalny i kaleki, jak babochłop będący atrakcją cyrków ponad sto lat temu. Ni to chłop, ni baba. Tak samo „The Ark Work” jest takim nieudanym wybrykiem natury, który traktować należy właśnie w rodzaju takiej śmiesznej ciekawostki.

Emef

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Płyta tygodnia i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s