Płyta tygodnia #29

kimZnowu bez Emefa, bo mu zmarł komputr [*], ale płyty jak zwykle zacne. A jak ktoś odgadnie, co wyżej robi wspaniały Kim Dzong Il, to… fajnie.

Matt Elliott – Howling Songs (2008)

howlingWąs ma swój cykl artykułów, w których opowiada o swoich „dziesiątkach”, więc i ja się z Wami podzielę swoją. Będzie to kolejny album z cyklu „litr premium, gorzka żołądkowa, cztery piwa”. Dźwiękowy zapis depresji. Już sam tytuł wiele mówi o tym dziele. Elliotta pewnie (mam nadzieję!) większość z Was zna. Gość zaczynał od drum’n’bass’owych łamańców by w pewnym momencie przerzucić się na folkowe plumkanie. Na „Howling Songs” zamieścił dużo inspiracji bałkańską muzyką tradycyjną, więc do upicia się w rytmach tego albumu najlepsza będzie jakaś śliwowica tudzież rakija. To co mnie najbardziej pociąga w tym albumie, to nie jednak pojedyncze, wisielcze melodie czy kompozycje a aranżacje. Jeśli chodzi o ten aspekt rzemiosła muzycznego, to „Howling Songs” powinien służyć jako wzór jak ubierać swoje utwory, aby trafiły do kanonu: dokładanie kolejnych instrumentów wraz ze wzrostem napięcia, nawarstwianie poszczególnych partii aż do powstania prawdziwej ściany dźwięku rodem z post-rockowych dzieł, jednak bez użycia przesterów! Elliott wokalistą za to najlepszym nie jest: ani jakiegoś wybitnej barwy głosu nie posiada, ani technicznie nie zachwyca, ale jednak swój urok ma, a nawet są ludzie, którzy porównują go pod tym względem do Leonarda Cohena. Matt jako artysta ciągle mnie zastanawia: czy sesje nagraniowe kolejnych płyt są swoistymi terapiami, rozliczeniami z życiem i dlatego mu się udaje przemycić w swych nagraniach tyle smutku i rozpaczy? A jeśli to nie bierze się z jego osobistych doświadczeń, to musi być doskonałym obserwatorem i aktorem by przekazać taką dawkę emocji. Jak mi się uda to zapytam go o to na Asymetrii.

Masta

Pentagram – First Daze Here: The Vintage Collection (2002)

2149995Pentagram to ważny zespół. Nie tylko pod względem muzycznym – ważna jest też postać Bobby’ego Lieblinga, frontmana i jedynego członka, który „utrzymał się” w zespole od samego początku jego istnienia (czyli od, bagatela, lat 70.). Jestem właśnie w trakcie oglądania „Last Days Here”, czyli dokumentu, który o Bobbym opowiada. Warto się z nim zapoznać, można dowiedzieć się choćby tego, jak niewiele czasem dzieli zespół od zrobienia wielkiej kariery. A uwierzcie mi, że naprawdę mało zabrakło, by Pentagram miał status ikony i zespołu kultowego – może nie na miarę Black Sabbath, ale na pewno byłby zespołem bardziej rozpoznawalnym, niż jest dziś. Inna, pozamuzyczna sprawa, która zwróciła moją uwagę, to to, jak mało potrzeba, by wyciągnąć człowieka z nałogu, z bezczynności i nakierować go na jakąś sensowną ścieżkę. Z jakiegoś powodu historia Bobby’ego, udokumentowana w ten sposób, trafia do mnie bardziej, niż wiele filmów biograficznych.
Czemu o tym piszę? Wydana w 2002 roku kompilacja „First Daze Here: The Vintage Collection”, ma z tym związek – był to jeden z kroków do celu, jakim było „odkurzenie” twórczości Pentagram i ukazanie potencjału zespołu z lat 70. Niewątpliwie przedsięwzięcie okazało się sukcesem, a wydawnictwo w kręgach „doomsterów” zyskało status równie kultowy, co album debiutancki. Trudno się dziwić, bo materiał zawarty na kompilacji jest – krótko mówiąc – wyborny. Już riff otwierający „Forever My Queen”, złowieszczy, a jednocześnie mocno rock’n’rollowy, sprawia, że trudno spokojnie stać w miejscu – podobnie „Starlady” ze świetnymi solówkami. Z drugiej strony mamy klimatyczne „Walk in the Blue Light” oraz niepokojące „Be Forewarned”. Do tego warto dorzucić „20 Buck Spin” i „Review Your Choices”, czyli dwa znakomite utwory, które pokazują, jak cienka granica jest pomiędzy pozornie odległymi gatunkami – blues rockiem i doom metalem. I choć niektóre z utworów były znane wcześniej, bo pojawiały się na albumach studyjnych z lat 80. i 90. („20 Buck Spin” na „Relentless”, „When the Screams Come” na „Day of Reckoning” itd.), to każdy – bez wyjątku – brzmi lepiej w starszych wersjach (zwłaszcza „Be Forewarned”). Potencjał, niewątpliwie, był. Czy źle się stało, że Pentagram nie doszedł na szczyty? Dla członków na pewno tak (może poza Bobbym, trudno powiedzieć), a dla słuchaczy? Oceńcie sami.

Pan Wąs

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Płyta tygodnia i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s