Płyta tygodnia #28

basiaEmef zamiast udziału w „Płycie tygodnia” wybrał regularną recenzję, którą opublikujemy niedługo. Przynajmniej tym razem się nie ukrywał. Ale płyty są trzy! Dwa wydawnictwa pobocznego projektu pewnej legendy oraz „ten drugi” album pewnych Żabojadów. Zapraszamy!

The Head Cat – Fool’s Paradise (2006), Walk the Walk… Talk the Talk (2011)

Fool's_Paradise_(album)Warto czasami zainteresować się poboczną działalnością muzyków zespołów, które się lubi. Nie dość, że można sobie stworzyć jakieś pojęcie o guście muzyków, to można też zwyczajnie trafić na świetną muzykę. Przykładem niech będą obie płyty The Head Cat, zespołu rockabilly, w którym wokalistą i gitarzystą (oraz basistą) jest nie kto inny, jak Ian Kilmister, znany szerzej jako Lemmy. Tak, panie i panowie, ten właśnie Lemmy ze swoim wokalem, zdartym przez czerwone Marlboro i whisky, jest członkiem tego projektu. Już samo to powinno zachęcić Was do zapoznania się z niewielkim dorobkiem tria, a warto dodać jeszcze, że panowie biorą na warsztat piosenki3690742 rock’n’rollowych klasyków. Od tego zresztą się zaczęło – panowie, czyli Lemmy, Slim Jim Phantom i Danny B. Harvey, brali udział w nagrywaniu tribute albumu dla Elvisa i przy tej okazji się spotkali i zaczęli grać. Na płytach usłyszymy m.in. Buddy’ego Holly (głównie na pierwszej), Johnny’ego Casha czy Toma Petty’ego. Jasne, trudno ten projekt potraktować jako coś więcej niż ciekawostkę, której słucha się raz na jakiś czas, ale takie albumy również są potrzebne. Zwłaszcza, gdy są dobre, a obie płyty The Head Cat dobre są na pewno.

Pan Wąs

Gojira – The Way of All Flesh

fleshI dziś znowu będzie płyta, o której powinno się pisać lata temu, ale cóż poradzisz, że zapętlam. Mimo iż to „From Mars to Sirius” uchodzi za opus magnum Francuzów, to u mnie na playliście o wiele częściej ląduje właśnie „The Way of All Flesh”. I to nawet mimo tego, że ja również wcześniejszemu albumowi wystawiłem lepszą ocenę. Dlaczego zatem krążek z 2008 roku słucham częściej? Może dlatego, że zawarto na nim więcej „przebojów”? „Vacuity” rzuciło mnie na deski jeszcze przed premierą albumu, dalej doszły takie hiciory jak „Oroborus” czy „The Art of Dying”. Te kawałki naprawdę mogę zaliczyć do jednych z najlepszych Gojiry w ogóle. „From Mars to Sirius” jest pozycją o wiele bardziej monolityczną i tam takich faworytów nie mam. Następczyni jest jednak o wiele bardziej przystępna. Tym albumem Gojira już na dobre wkroczyła do światowego mainstreamu ciężkiego grania, a kolejny pt. „L’enfant sauvage” dał zespołowi przepustkę do dzielenia sceny z chociażby (tfu!) Metalliką. Ten ostatni krążek jednak wypadałoby zaorać i jak najszybciej o nim zapomnieć. Na szczęście zawsze można sobie odpalić dowolny poprzedni i dalej spuszczać się nad „Toxic Garbage Island” – największym „sztosem” całego zestawu, który to już ozłacałem wiele razy. Każdy riff tam siedzi więcej niż idealnie, a sama końcówka to już w ogóle sprawa wiekopomna. I muszę powtórzyć raz jeszcze: wokal Duplantiera sprawia, że nawet takie liryki jak „plastic bag in the sea” nie brzmią śmiesznie, a wzniośle i patetycznie. Genialny gościu, nawet jeśli ostatnia płyta mu nie wyszła. Dawać nową!

Masta

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Płyta tygodnia i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s