„Dziesiątki” według Pana Wąsa #2

albino

„Dopethrone” czy „Come My Fanatics…”? Która płyta Czarodzieja jest najlepsza? Większość na pewno powie, że „Dopethrone”. Ja jednak postawię między nimi znak równości.

MI0002428123To, że większość wskaże okładkę z jarającym z bonga Lucyferem, jest faktem, a z faktami kłócić się nie sposób. Czemu jednak tak jest? Odpowiedź jest prosta. Wiele zespołów w swojej dyskografii ma taką pozycję, która jest jednoznacznym wykładnikiem ich styli. Takim właśnie wykładnikiem jest „Dopethrone” i z tym również trudno się kłócić. Ten album to podręcznik młodego stażem wyznawcy przepalonego doomu, zarówno pod względem muzycznym, jak i tematycznym. Jest tu wszystko: sabaty czarownic, łowcy czarownic, post-apokalipsa, mizantropia, jest i Lovecraft, i Robert E. Howard, a całość wieńczy wspomniany już Lucyfer na zielonym tronie. Dla każdego coś dobrego się znajdzie. Wszystko oczywiście podane w sposób ciężki i powolny, a i niezapomnianych riffów tu nie brak – „Funeralopolis”, „We Hate You”, „Barbarian”… Tak, zdaję sobie sprawę, że to wszystko jest dla wszystkich oczywiste, ale może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak ikonicznym dziełem jest dzięki temu wszystkiemu „Dopethrone”*. Stwierdźmy to: jeżeli nie polubisz „Dopethrone”, możesz odpuścić sobie Czarodzieja (no, przynajmniej jakąś część twórczości Czarodzieja).
Come_My_Fanatics...Jeżeli natomiast polubisz, śmiało zabierz się za resztę twórczości, na pierwszy zaś ogień wybierz „Come My Fanatics…”. To już nie jest płyta-ikona i pewnie dlatego ma mniej wyznawców niż „Dopethrone” i dlatego jest często uznawana za gorszą. Ale to też jest dziesiątka. Może z maleńkim minusem, ale wciąż dziesiątka.
Z jednej strony płyty są do siebie dość podobne, z drugiej – kompletnie inne. Inność przejawia się w atmosferze. „Fanatycy” to też gęsty, ciężki, zawiesisty klimat, ale jednocześnie pełen kosmicznej pustki, a nie zioła i magii; to połączenie tworzy momentami nastrój niemalże grozy (np. „Wizard in Black” i dźwięki tła gdy Oborn śpiewa „I am a god, I am the one”). Nieco inne jest też podejście do kompozycji. „Dopethrone” w pewnym sensie jest bardziej poukładane, powiedzmy – schematyczne (ale to nie zarzut), podczas gdy „Come My Fanatics” swobodnie płynie: porównajcie sobie choćby „Doom-Mantia” z „We Hate You”. Dla jednych byłby to kolejny argument za przewagą „Dopethrone”, ale dla mnie oba podejścia są bezbłędne. Obie płyty są doskonałe. A Electric Wizard to zespół wielki. Masz wątpliwość? Odpal „Return Trip”. To wystarczy.

*ale w sumie ja w tym cyklu o oczywistościach najczęściej pisać będę.

PS Dla tych, którzy doczytali do końca, mały konkurs. „Nagroda”: napiszę recenzję „dziesiątki”, którą wskaże zwycięzca. Warunek: opisać w komentarzu powiązanie obrazka z początku wpisu z tekstem (proszę o uczciwość i niegooglanie!).

Pan Wąs

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dziesiątki, felietony i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „„Dziesiątki” według Pana Wąsa #2

  1. szczr pisze:

    „I am Albino. You wish to see me?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s