Płyta tygodnia #26

emefgej

Emef, chcąc uciec od konieczności pisania, się wziął i zaginął. Zdjęcie zaginionego powyżej. Jeśli ktoś posiada informacje na temat miejsca przebywania tego osobnika, prosimy o wiadomość. Emef! Jeśli nas czytasz, to wiedz, że koledzy z redakcji Cię potrzebują i tęsknią!

The Sontaran Experiment – The Sontaran Experiment (2008)

tseZasoby internetów są niezbadane, a globalizacja mediów i kultury zatarła już wszelkie granice i nie dziwi mnie już np. Eskimos jarający się bluesem granym przez Tuaregów. Jedno kliknięcie i bam! słuchasz sobie rdzennej muzyki Aborygenów. Drugie kliknięcie i bam! znajdujesz eksperymentalne sladże, o których zapomnieli już pewnie sami ich twórcy. Nie wiem, jak koleś, który mi polecił The Sontaran Experiment, natknął się na ten zespół, ale też mniejsza o to. Jest sobie zespół z Wielkiej Brytanii, który wydał jeden split i jeden długograj, który nie odniósł wielkiego sukcesu. Później paru grajków z tego zespołu pograło sobie chwilkę w równie mało popularnym acz z większym dorobkiem wydawniczym Lazarus Blackstar i słuch o nich zaginął. Na szczęście ten jeden album, który udało im się wydać w zupełności wystarcza, aby pozostać niezapomnianym zespołem w umysłach tych, którym dane było go słyszeć. Bo nie dotarły do mnie żadne skargi i zażalenia na temat „The Sontaran Experiment” czy też jak woli metal-archives „I„. Jakież to powody stoją za tymi pochlebnymi opiniami? Przede wszystkim podejście zespołu do granej muzyki. To nie jest kolejna zrzyna z wczesnego Neurosis, Godflesh czy Eyehategod. Wiadomo, że inspiracji tymi legendami można się doszukiwać, jednak jest to podane w sposób zgoła odmienny od wszelakiej maści kopistów, którzy idą po najmniejszej linii oporu. W zeszłym roku zachwycaliśmy się The Body i ta płyta stoi stosunkowo blisko do muzyki zaprezentowanej na „The Sontaran Experiment”. Również jest to kurewsko ciężki sludge w tempie sprintującego Maćka Iwańskiego (dla niewtajemniczonych – piłkarz Podbeskidzia Bielsko-Biała o wiele mówiącej ksywie „Pączek”), do tego przyozdobiony sporą dawką sprzężeń i noisów w drone’owej oprawie. To co mnie urzekło w pierwszej chwili, to pewna nieobliczalność. Mniejsza o narastające szumy, o chłostanie pojedynczymi szarpnięciami strun, chodzi o te grindcore’owe odjazdy przerywane tykaniem zegara. Ta zagrywka wyrwałaby ze śpiączki nawet Schumachera. I znowu: ech, szkoda, że się rozpadli. Na szczęście zdążyli wydać jedną z ciekawszych płyt w swoim gatunku i chwała im za to. Niech spoczywają w pokoju.

Masta

35007 – Liquid (2002)

CS1221723-02A-BIGBodziec. Każdemu czasem jest potrzebny, bo często okazuje się mieć zbawienny efekt. Przykład: zespół 35007 kojarzę od lat wielu – mniej więcej od czasu, gdy zacząłem interesować się piaszczystym brzmieniem i ciężką psychodelią, czyli od paru dobrych lat. Znajomość ta jednak przez te parę lat ograniczyła się do kontaktu z dwoma tylko płytami (z czterech w dyskografii), które ktoś mi przedstawił jako najlepsze w ich twórczości: „Especially for You” i „Phase V”. Ta pierwsza okazała się dobra, ale druga niezbyt przypadła mi do gustu. I na tym się skończyło na czas dłuższy, ale niedawno polecono mi dwie pozostałe płyty. Odpaliłem więc standardowo tę z najwyższą notą na RateYourMusic… I mocno zaskoczony stwierdziłem, że „Liquid” nie dość, że brzmi zupełnie inaczej od pozostałych, to jeszcze jest po prostu znakomita. Dostajemy cztery utwory o średniej długości dziesięciu minut, pełne kosmicznego klimatu, pięknie „płynące” za sprawą magicznego basu. Napięcie jest stopniowane bardzo umiejętnie. Brak tu na szczęście wokalu lub odjechanych solówek w stylu Earthless i całe szczęście, bo w pełni instrumentalne podejście sprawdza się tu idealnie. Ogólnie 35007 hołduje tu raczej starej szkole space rocka niż stonerom: gitary są tu dość oszczędne, oddają pole jednostajnej perkusji, basowi i syntezatorom, ale jak już są, pasują idealnie. Rzecz zdecydowanie godna polecenia, zwłaszcza gdy ma się ochotę na odskocznię i popłynięcie w stronę odległych galaktyk.

Pan Wąs

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Płyta tygodnia i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Płyta tygodnia #26

  1. immolator pisze:

    Dzięki za cynk, szczególnie o 35007. Chociaż z 2002 roku, brzmi jak dobra produkcja z lat 80tych 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s