Oxbow – An Evil Heat (2002)

oxbow

Obawiam się, że to płyta zapomniana. Bo i sam o niej zapomniałem. Jak taki pijus mógł zapomnieć o albumie, który jak żaden inny oddaje stan skrajnego upodlenia? Który jak żaden inny w dźwiękach oddaje proces zdejmowania nogi z gardła? Który jest jak tydzień z butelką. Narastająca paranoja, miotanie się w amoku, wybuchy entuzjazmu przeplatane płaczem i wołaniem o pomoc. Nie powinno się zapominać, bo zaniedbanie jest grzechem. Dlatego przypominam sobie i Wam o „An Evil Heat” grupy Oxbow.

Czymże jednak Oxbow jest, jeśli ktoś o nich jeszcze nie słyszał? Oxbow to kwartet z San Francisco, który wymyka się wszelakim kwalifikacjom. I choć brzmi to banalnie, bo mówi tak o sobie każdy zespół, który łączy jakiekolwiek nawet najbardziej zbliżone gatunki, to jednak w tym przypadku jest co najmniej trafne. Oxbow zestawia obok siebie tak odległe światy jak sludge i jazz w noisowej oprawie. Post-hardcore’owe inspiracje miesza z drone’owymi sprzężeniami. Dwa wcześniejsze albumy Oxbow produkował Steve Albini i to było wyraźnie słychać. Wówczas ich kompozycje zdawały się więcej czerpać z tradycji Big Black czy The Jesus Lizard, więcej było też bluesowych naleciałości. Na „Evil Heat” ich muzyka zdaje się być w większej mierze improwizowana niczym wszelkie działania pod wpływem dobrze zmrożonych substancji. Ale tak jak i walenie wódy na pusty żołądek potęguje efekt szumiącej głowy, tak i tutaj musi być jakiś pierwiastek, który potęguje pijacką atmosferę i czyni ją bardziej dosłowną. Jest nim wokal Eugene Robinsona. Ten wielki, zwalisty Murzyn nie mógł nagrywać swoich partii będąc trzeźwy niczym niemowlę. Nie wierzę nawet, że szanowny pan wokalista byłby w stanie przejść kontrolę trzeźwości drogówki podczas nagrywek. On był na skraju. Tańczył na linie podpalonej z obu stron dzierżąc w ręku półlitrowe berło. Polecam nagrania live na youtubie w celu lepszego uzmysłowienia sobie charakteru tego gościa (obczajcie jak ładnie bawi się z fanami na scenie: KLIK!). I choć jest on znakiem charakterystycznym Oxbow, to nie można w żaden sposób umniejszać roli pozostałych muzyków, o czym często ludzie zapominają pisząc o tym zespole. Bo nawet jakby Robinsona zabrakło w grupie, to i tak klimat spod znaku 40% byłby zachowany. Muzyka na „Evil Heat” jest nagła niczym urwanie filmu, zmiany często niespodziewane niczym rzyg pod stołem, brzmienie tylko pozornie zaniedbane, a wszystko w jednym celu, żeby po odsłuchu łeb bolał niczym utracona nadzieja i żyć się odechciewało.

A kaca najłatwiej zabić klinem, dlatego ostatnio odpalam tę płytę niezwykle często. Do nałogu łatwo się wraca i ciężko wychodzi, więc na pewno jeszcze przez dłuższy czas ten album będzie lądował w moim odtwarzaczu. Tym bardziej szkoda, że Oxbow strasznie spuścili z tonu i ostatnią płytę wydali w 2007 roku. Niby nadal są aktywni, koncertują, ale panowie, wóda drożeje, a Wasza muzyka stanowi dlań świetny substytut. Dawać coś nowego!

Masta

evil heat


  1. The Snake &… [2:55]
  2. …The Stick [3:37]
  3. S Bar X [4:59]
  4. Stallkicker [7:44]
  5. Sweetheart [5:22]
  6. Sawmill [5:32]
  7. Skin [5:22]
  8. Sorry [7:26]
  9. Shine (Glimmer) [32:37]

Całość: 1:15:34


Skład: Dan Adams – bas; Euegene Robinson – wokal; Niko Wenner – gitara; Greg Davis – perkusja


Data wydania: 19 marca 2002

Advertisements