Najlepsze 10 utworów 2014 roku – Emef

 

jup_szampan_korek_600

Podsumowań ciąg dalszy – tym razem na warsztat bierzemy najlepsze utwory. Z jednej strony, spośród bogactwa udanych zeszłorocznych krążków, wyłonienie zaledwie dziesięciu utworów wydaje się być bułką z masłem. Jeśli jednak weźmie się pod uwagę, że większość słuchanej przeze mnie muzyki jest – delikatnie mówiąc – raczej mało przebojowa, zadanie to okazuje się nie być wcale aż tak łatwym. Przyznam szczerze, że pomimo tego, że od początku miałem kilka mocnych typów (w tym „Ora Pro Nobis Lucifer”, o którym Masta pisał w swoim podsumowaniu [KLIK!] i którego w swoim zestawieniu nie będę powtarzać), jednak wybór przynajmniej trzech – czterech ostatnich numerów zmusił mnie do nieco bardziej szczegółowego przewertowania playlist ubiegłorocznych albumów. Najważniejsze, że się udało – przed Wami dziesięć utworów, które w zeszłym roku najczęściej nuciłem sobie przy goleniu. Kolejność alfabetyczna.

  1. Have A Nice Life – Defenestration Song (z płyty The Unnatural World)
    Wybór “Defenestration Song” wydaje się być najbardziej oczywisty, jednak to właśnie ten numer – obok wymienionego przez Huberta “Cropsey” – najbardziej utkwił mi w pamięci po słuchaniu „The Unnatural World”. Największa w tym zasługa kapitalnej, wcale nie do końca wisielczej melodii, ale nie umniejszałbym także roli bardzo chwytliwej i pięknie „chodzącej” linii basu. Świetny numer.


 

  1. Jack White – Would You Fight For My Love? (Lazaretto)
    “Lazaretto” nie znalazło się w moim płytowym podsumowaniu, jednak ten bardzo sympatyczny krążek zawiera co najmniej dwa niezwykle przebojowe numery. Pierwszy to bardzo skoczny, okraszony barowym pianinem „Alone In My Home”, drugi to zdecydowanie bardziej gitarowy „Would You Fight For My Love?”. Jack White śpiewa tutaj tak przekonująco, że człowiekowi naprawdę chce się walczyć – jeden chuj, o co tak naprawdę.


  1. Kriegsmaschine – Asceticism And Passion (Enemy Of Man)
    Jak mówi tytuł – to nie jest przyjazna płyta, podobnie żaden z zawartych na niej utworów nie bardzo pasuje do określenia “piosenka”. Biorąc jednak pod uwagę olbrzymie wrażenie, jakie wywarł na mnie ubiegłoroczny album KSM, coś z tego krążka musiało się znaleźć. Wybór „Asceticism And Passion” jest chyba najbardziej odpowiedni; kawałek ten w pełni odzwierciedla oblicze „Enemy Of Man” – jest odpowiednio odhumanizowany, bardzo podniosły i mroczny, a przy tym niezwykle intensywny, choć nie znajdziemy tutaj choćby śladu blastów. Nie zapominajmy też o tym, że jest to chyba jedyny numer na „Enemy Of Man”, który w pewnym sensie da się zaśpiewać – co też dość często czynię do tej pory, przynajmniej w myślach.


  1. Morowe – Muchy (S)
    W tym przypadku nie ma co wiele wyjaśniać – „Muchy” wybrałem ze względu na świetny, świdrujący i bardzo psychodeliczny riff. Jako całość, być może to „Nocna Strawa” jest większym „przebojem”, jednak to ten riff chodzi mi w głowie do tej pory.


  1. Natural Snow Buildings – Rusty Knives Valley (The Night Country)
    Pozwolę sobie użyć tych samych słów, którymi Masta określił ten utwór – ta melodia mogłaby trwać w nieskończoność. Tak, to prawda. Mogłaby.


  1. Odraza – Niech Się Dzieje (Esperalem Tkane)
    Otwierający debiutancki album Odrazy „Niech Się Dzieje” to podręcznikowy przykład na to, jak powinno się rozpoczynać płytę – od idealnie dobranego intro, poprzez świetny riff, po finał w postaci wyliczanki, za co warto pić. Tak, jak cała „Esperalem Tkane” to skrojona na miarę ścieżka dźwiękowa pod walenie taniej wódy, tak „Niech Się Dzieje” jest swego rodzaju pierwszym toastem. A dalej też się dzieje.


  1. Scott Walker + Sunn O))) – Brando (Soused)
    To, obok “Rusty Knives Valley”, chyba najładniejszy utwór w zestawieniu, świetnie lawirujący między pięknymi melodiami a bardzo niepokojącym drone’m. Warto także zawiesić oko na teledysku – rzadko zdarza się, żeby obraz był z jednej strony tak idealnie dobrany do oprawy dźwiękowej, zaś z drugiej był też tak do niego niepasujący.


  1. Swans – Bring The Sun/ Toussaint L’Ouverture (To Be Kind)
    Tak, tak, wiem – znowu to najbardziej oczywisty wybór. Nic jednak nie poradzę, że to właśnie ten kolos sprawił na mnie największe wrażenie. Jest tu wszystko to, za co kocham Swans – szaleństwo, mnóstwo hałasu i ta swoista przebojowość (oczywiście w cudzysłowie).


  1. The Body – Our Souls Were Clean (I Shall Die Here)
    „Our Souls Were Clean” to nie tylko nieprawdopodobne wokale Chipa Kinga, odhumanizowany, mroczny klimat i dźwiękowe eksperymenty Haxana Cloaka. To także bardzo prosty, ale niezwykle sugestywny riff rozpoczynający się w drugiej minucie i trzydziestej piątej sekundzie. I choć kończy się on tak samo nagle, jak się zaczyna, to jednak na tyle wrył mi się do głowy, że do tej pory nie mogę się go pozbyć.


  1. YOB – Marrow (Clearing The Path To Ascend)
    Na koniec najpiękniejszy hymn z bardzo udanej płyty doom metalowych słoni z YOB. Cóż, chciałbym, żeby to zagrali na moim pogrzebie. Albo nie, nie tylko na moim – niech grają to na wszystkich pogrzebach, żeby wszyscy mieli możliwość usłyszeć ten przejmujący lament. Niech świat płacze.


 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii felietony, Przeglądy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s