Pedalizna

manowar

Muzyka metalowa w swych początkach aż ociekała testosteronem. Pielęgnowane w niej były wartości siły i męstwa. O agresji zeń się wydobywającej już nie wspominam. Dlatego zawsze pojawienie się na stricte metalowym albumie ballady będzie w jakimś stopniu powodować zaskoczenie. Takie kawałki często stanowią mocne, charakterystyczne punkty płyty. Zwykle wynika to po prostu z dużego kontrastu, czasem są zwyczajnie dobre utwory. A może też dany zespół powinien wyłączyć przestery i zacząć grać ogniskowe melodie? Przed Wami krótkie, subiektywne zestawienie takich „pedalskich” wyskoków zespołów ekstremalnych. Chwile ukojenia, momenty na złapanie drugiego oddechu przed kolejnymi moshowymi szaleństwami. I nie, nie będzie „Nothing Else Matters”.

Young and in the Way – Shadow of Murder

Na początek utwór, który mnie zainspirował do stworzenia tej listy. Crustowcy mieszający punka z blackiem zaserwowali nam pod koniec swej płyty taki oto prosty utwór na cztery akordy dopełnione instrumentami smyczkowymi, solową gitarą i klawiszami na koniec. Aranżacja prosta, ale niezwykle skuteczna.


Converge – Cruel Bloom & Wretched World

Dwa utwory zamykające „Axe to Fall„. Converge już wcześniej potrafił odbić w nieco bardziej romantyczną nutę, ale nigdy wcześniej nie nagrali nic aż tak melodyjnego. Duża zasługa zaproszonych do współpracy artystów biorących udział w tworzeniu tych dwóch kawałków. W pierwszym głosu użyczył Steve von Till i już w momencie ogłoszenia tej wiadomości wiadomo było, że „Cruel Bloom” to będzie coś wielkiego. Moment, gdy łysy z Neurosis przechodzi w krzyk, za każdym razem powoduje u mnie ciary na plecach. „Wretched World” ze swoim tekstem to już istna pościelówa. Ta piosenka nagrana z gościnnym udziałem Genghis Tron, zawsze jednak urzeka mnie swoim stopniowaniem napięcia i prostotą kompozycyjną. Gdybym był ciut bardziej wrażliwy pewnie poryczałbym się nie raz słuchając jej.


Acid Bath – Dead Girl

Mistrzowie ekstremy, o których pisałem niedawno. Zespół potrafiący równie dobrze przywalić i pogłaskać. Tutaj z najbardziej ogniskową melodią, jaką nagrali. I chyba moim ulubionym ich kawałkiem w ogóle. Z powodzeniem mógłby lecieć w eremefie, gdyby nie tekst. Mój ulubiony kawałek do słuchania w nocy podczas jazdy samochodem.


Queens of the Stone Age – Mosquito Song

Niby tylko bonus. Niby kawałek, którego chyba nigdy nie zagrali na żywo (znalazłem tylko info o wykonie Homme’a solo). Taka pierdółka na koniec „Songs for the Deaf”, którą można by chyba rozpatrywać nawet jako formę żartu. Można by, gdyby nie poziom tego utworu, który wraz z każdym dołożonym instrumentem robi się coraz bardziej majestatyczny, a coraz mniej śmieszny. Ot, jak głupi temat komarów może nabrać rozmiarów tworów klasycznych.


Cult of Luna – Passing Through

Spuszczałem się na temat tego utworu i tej jego wersji już dawno temu w podsumowaniu 2013 roku. Nie będę się zatem powtarzał, a po prostu powiem, że nadal robi mi dobrze.


Triptykon – My Pain

Muzyka Triptykon, czy wcześniejsze dorobki Celtic Frost, to raczej są rzeczy, których „strach się bać”. A tutaj proszę, można stylowo przypedalić. Tom G. Warrior musiał tylko posiłkować się damskim wokalem, bo jego, jak wiadomo, raczej odstrasza, chociaż i w tym utworze udziela się „gardłowo”.


Corrections House – Run Through the Night

O tym kawałku też już się wypowiadałem rok temu, jednak nadal zdumiewa mnie umieszczenie go pośród tworów skrajnie odhumanizowanych, jakim są pozostałe utwory na „Last City Zero„. I nadal żałuję, że nie zagrali tego we Wrocławiu.


Death – Voice of the Soul

Jeden z pierwszych kawałków, który uświadomił mi, że te rozwrzeszczane sierściuchy mogą z powodzeniem też ukoić me zmysły czymś bardziej przyswajalnym. I choć Death mnie już nie jara, to miło sobie było ten utwór odświeżyć.


Down – Jail

Anselmo już w Panterze udowadniał, że potrafi zaśpiewać, tutaj jednak wraz z zespołem odpłynął zupełnie. Przejarana, bagienna ballada. Z jednej strony kojąca, z drugiej równie bardzo niepokojąca. Schizofrenia w dźwiękach. Wspaniałe.


Mastodon – The Hunter

Ekstremalny zwykle (kiedyś?) Mastodon już na „Crack the Skye” udowodnił, że klasycznie brzmiące melodie nie są mu obce. Jednak tradycyjną w swej formie balladę zawarli dopiero na „The Hunter”. Oczywiście charakterystyczny styl Mastodon pozostał zachowany, ale jak się chce album poświęcić zmarłemu bratu to coś takiego trzeba nagrać.

P.S.: Rozmarzone „The Sparrow” równie dobre, ale na coś się musiałem zdecydować.


Nine Inch Nails – Hurt

Dla wielu hymn, a dla całej reszty świetna ballada. Czy to w wykonaniu Reznora, czy Casha, musi urzekać.


Swans – Song for a Warrior

To był dopiero zonk! Niby na wcześniejszych albumach Swans pojawiały się ballady, Gira uskuteczniał też takie zabawy w innych projektach, ale po takiej dawce szumów z pierwszego CD nie spodziewałem się, że drugi krążek zacznie się w taki sposób. Ale to tylko chwila wytchnienia, dalej znowu jesteśmy raczeni odpowiednią dawką noisów.


Today Is the Day – Temple of the Morning Star

Cała psychoza zawarta na tym albumie musiała się zacząć w ten sposób. Narastająca histeria, powoli stopniowane szaleństwo, niecałe trzy minuty intra, a już jestem sponiewierany. A to przecież właśnie intro! Jeden z najlepszych otwieraczy, jaki dane mi było słyszeć.


Zawarcie takich utworów pośród masy „siek” zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko. Raz, że nie może to byś sama sztuka dla sztuki, jedynie uderzenie słuchacza kontrastem. Nie może pozostawać w sprzeczności z innymi kawałkami, a podkreślać ich ekstremalność i kontynuować koncept muzyczny w zgoła odmienny sposób. Dwa, że trzeba mieć smak do takich dźwięków. Czasem trzeba umieć też zaśpiewać, co nie każdy „krzykacz” potrafi. Ewentualnie można zaprosić kogoś takiego, kto potrafi. Te trzynaście utworów z całą pewnością spełnia te warunki. I mało tego, sprawiają, że zaczynam się zastanawiać, czy dany zespół sprawdziłby się nagrywając całą płytę utrzymaną w takiej tonacji. AmenRa się udało z epką „Afterlife„, kariera solowa Daxa Riggsa (ex-wokalisty Acid Bath) również udowadnia, że bluesman może mieć przeszłość w sludge’owym bandzie, to może i Converge dałby sobie radę (chociaż powątpiewam w umiejętności wokalne Bannona w aspekcie śpiewu)?

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeglądy i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s