Black metalowa hi(p)steria #2, czyli trzynaście płyt, obok których żaden hipster nie może przejść obojętnie

liturgy624_Jason_NocitoTak jak obiecałem przy okazji pierwszej części – przed Wami krótki, niezwykle subiektywny i dla niektórych pewnie także niezbyt zaskakujący przegląd najbardziej interesujących wydawnictw, którym można przypiąć etykietkę „post-black”. Kolejność przypadkowa, natomiast dobór wykonawców – zdecydowanie nie.

Amesoeurs – Amesoeurs (2009)
Amesoeurs_album
Być może zaczynam nieco od dupy strony, ale na samym początku przedstawiam Wam płytę, co do której mam dosyć mieszane uczucia. Amesoeurs to projekt założony przez niejakiego Neige, aktualnie męczącego bułę w Alcest, oraz Audrey Sylvain, którą parę osób może kojarzyć jeszcze z Peste Noire. To właśnie ta dwójka była w głównej mierze odpowiedzialna za kształt, jaki przez krótki okres istnienia zespołu przybrała muzyka Amesoeurs. Francuzów na pierwszy rzut ucha wyróżniały trzy rzeczy. Pierwsza to rzadko spotykane połączenie black metalu z shoegaze i post-punkiem. Po drugie Neige z ekipą, podobnie jak w Alcest, tworzyli w ojczystym języku. Po trzecie grupa na dość dużą skalę wykorzystywała damskie wokale, co raczej nie należy do często spotykanych zabiegów. Największym problemem Francuzów była natomiast pewna pretensjonalność, której niestety nie udało się uniknąć. Przejawiała się ona przede wszystkim w trochę przesłodzonych melodiach, które dla niektórych, w połączeniu z łagodnym głosem Sylvain, mogły stanowić mieszankę nie do przełknięcia. Na jedynym full-length w karierze Amesoeurs na próżno szukać choćby odrobiny bluźnierstwa; jest to natomiast krążek udowadniający, że black metal może być na swój sposób… romantyczny.


Ash Borer – Ash Borer (2011)
Ash-Borer-Ash-Borer
Spotkałem się kiedyś z terminem „cascadian black metal”, użytym właśnie w odniesieniu do dorobku Ash Borer i muszę przyznać, że ma on pewien sens. Muzyka tworzona przez Amerykanów stanowi połączenie klasycznej norweskiej siary z atmosferycznymi, wręcz malowniczymi pejzażami z lekkim shoegaze’owym czy post-rockowym nalotem. „Ash Borer” jest jednak najbardziej surową i pierwotną pozycją w dyskografii grupy, ziejącą najczarniejszym bleczyskiem, na której zapędy „krajobrazowe” są skutecznie hamowane przez wszechobecną dzikość i mrok. Mocna rzecz, szkoda, że jedyna wyróżniająca się z dorobku Ash Borer.


Deafheaven – Sunbather (2013)
homepage_large.7e252f9a
Cóż, nie mogłem nie wspomnieć o słynnej „Sunbather”, która ponad rok temu wywołała tyle zamieszania wśród czytelników Pitchforka. Nie jestem zachwycony tym albumem. Odrzuca mnie jego różowa okładka, nie przekonuje wygładzone, zbyt słodkie brzmienie, irytuje brak zła, chłodu i diabła. Nie rozpatrywałbym w związku z tym „Sunbather” w kategoriach albumu black metalowego, a określiłbym ten krążek raczej jako co najwyżej czerpiący z estetyki black metalu. Większość elementów się zgadza, jednak w tym przypadku to nawet brak jakiejkolwiek otoczki nie jest głównym problemem. To po prostu nie jest zła płyta. W sensie, że nie ma na niej zła. Black metal musi być zły.


Entropia – Vesper (2013)
10546-vesper
Polacy nie gęsi, jak pisał poeta. Również na poletku post-blacku mamy co najmniej kilka wartych uwagi grup, a jedną z nich niewątpliwie jest Entropia. Brzmieniowo są jak na moje ucho nieco zbyt wygładzeni i, podobnie jak w przypadku Deafheaven, razi mnie brak surówki i troszeczkę za dużo lukru, w tym przypadku polewanego przede wszystkim przez mocno zaznaczone partie klawiszy. Coś jednak jest w muzyce oleśniczan, bo swego czasu „Vesper” dość długo męczyłem na słuchawkach. Również na żywo chłopaki dolewają sporo oliwy do ognia, przez co ich muzyka nie jest już tak bardzo grzeczna. Polecam sprawdzić przy najbliższej nadarzającej się okazji.


Altar Of Plagues – Teethed Glory And Injury (2012)
370723
Jeśli chodzi o post-black metal, jest to chyba mój ulubiony album. Ktoś powie, że to „Mammal” jest ważniejszą płytą, ktoś inny, że „White Tomb”, jednak moim zdaniem „Teethed Glory And Injury” jest esencją wszystkiego, co można nazwać post-black metalem. Ba, nie zamykałbym tej płyty tylko w tych kategoriach, bo to po prostu cholernie dobry album z nowoczesnym ekstremalnym metalem. Począwszy od kapitalnego intro po ostatnią nutę, jest to krążek kompletny, na dobrą sprawę nie mający żadnych braków. Dopracowany zarówno pod względem kompozycyjnym, jak i technicznym. Co ważne, nie jest pozbawiony złowrogiej, dusznej atmosfery; powiedziałbym, że wręcz nią ocieka, a przy tym delikatnie uderza w artyzm, subtelnie ukryty za ścianą gitar. Nie wyobrażam sobie, żeby nie znać tej płyty.


Thaw – Thaw (2013)
thaw_t
Wydaje mi się, że Thaw nie trzeba nikomu przedstawiać. Każdy, kto choć trochę orientuje się w tym, co dzieje się na polskiej scenie ekstremalnej, z pewnością przynajmniej kojarzy sosnowiecki zespół. Chłopaki ciężką pracą zdobywają coraz większy rozgłos – oczywiście jak najbardziej zasłużony. Debiutancki (?) album Thaw być może jest ciut słabszy od tegorocznego „Earth Ground”, ale pokazuje bardziej pierwotne i dzikie oblicze muzyki grupy. Na płytach długogrających muzycy stawiają w większości na typowo black metalowy kontent, dorzucając do tego szeroki wachlarz inspiracji wszystkim tym, co hałaśliwe i ekstremalne. Splity są już dryfowaniem w kierunku eksperymentu i pokazują mniej metalowe oblicze grupy (polecam sprawdzić split z Echoes Of Yul). Krótko mówiąc: mamy na rodzimej scenie zespół niezwykle oryginalny, kreatywny i pracowity, który nie tylko ma prawo zaistnieć poza granicami Polski, ale który wręcz musi to zrobić.


Nachtmystium – Assassins: Black Meddle Pt. I (2008)
cover assassin
Nachtmystium to bardzo ciekawy przypadek, głównie ze względu na fakt, że ich post-black flirtuje dość mocno z nie do końca typowymi dla tej szufladki elementami. Zamiast łączyć black metal z inspiracjami post-metalu czy shoegaze, w muzyce Nachtmystium wyraźniejsze są (szczególnie ostatnio) wpływy psychodelii czy nawet jazzu. Przede wszystkim zaś są to dźwięki bardzo różnorodne i właściwie wymykające się klasyfikacjom, natomiast wrzucenie ich do szuflady z napisem „post-black” jest raczej dość umowne, zaś wybór „Assassins…” – jedynie moją osobistą preferencją.


Liturgy – Aesthethica (2011)
homepage_large.7f7b5f29
Na temat tego krążka krąży bardzo wiele skrajnych opinii, aczkolwiek moim zdaniem jest to jeden z lepszych albumów w swojej niszy. Uwagę przykuwa przede wszystkim obłędny wokal Huntera Hunt-Hendrixa, który, choć z aparycją gimnazjalisty, to potrafi wydawać z paszczy niesamowite odgłosy. W drugiej kolejności warto zwrócić uwagę na świetną grę Grega Foxa, znanego być może niektórym z Guardian Alien. Wreszcie, „Aesthethica” jest po prostu bardzo dobrze napisaną płytą, na której, oprócz logicznych inspiracji surowym black metalem, znajdziemy także szereg innych nawiązań. Można się czepiać nieco zbyt cukierkowego brzmienia czy lekko pozbawionej sensu tematyki tekstów, ale z drugiej strony ciężko oprzeć się płycie, która brzmi jak atak padaczki. Przynajmniej ja nie potrafiłem.


Sólstafir – Svartir Sandar (2011)
136627_solstafir big
W tym przypadku określenie „post-black metal” należy stosować bardzo dosłownie. Islandzki zespół przeszedł niezwykle długą drogę od grupy stricte black metalowej po jeden z czołowych przedstawicieli alternatywnego metalu. Obecnie muzyka Sólstafir z black metalem nie ma praktycznie nic wspólnego – prędzej przypadnie do gustu zwolennikom czegoś bardziej progresywnego, naznaczonego typową dla Skandynawów dawką wrażliwości. „Svartir Sandar” wybrałem głównie dlatego, gdyż płyta ta otworzyła przed Sólstafir drzwi, dzięki którym zespół zyskał obecną popularność.


Morowe – S (2014)
morowe-s
Można powiedzieć, że są tu lekko na wyrost, ale biorąc pod uwagę nietypowe podejście Morowe do grania black metalu, myślę, że w pewnym sensie pasują do opisywanego określenia. Szatańskie voodoo w wykonaniu Morowe robi duże wrażenie zarówno na scenie, jak i na płytach – tegoroczna „S” jest tego świetnym przykładem. Zespół poszedł o krok dalej niż na debiucie, przez co najnowsze dokonanie zespołu mami nie tylko mrocznym, iście diabelskim klimatem, ale także mocno psychodelicznym charakterem.


Agalloch – The Mantle (2002)
220px-The_Mantle
Agalloch to kolejny przypadek, w którym jednoznaczna klasyfikacja jako „post-black” może budzić pewne wątpliwości, zwłaszcza, że zespół wypracował swój styl już na jakiś czas przed utrwaleniem się tego terminu w świadomości słuchaczy. Jakby jednak nie patrzeć, połączenie black metalu, folku i doom metalu, podparte eko-filozofią, zdaje się idealnie pasować do estetyki post-black metalowej. „The Mantle”, ozdobione charakterystyczną okładką, to zaś najbardziej rozpoznawalna i przy tym chyba również najlepsza płyta w dorobku Agalloch, której – jeśli chce się określać black metalowym hipsterem – wstyd nie znać.


Lantlôs – .neon (2010)
271951
Kolejny zespół, w którym maczał paluchy Neige i kolejny, który z czystym sumieniem można określić jako post-black. Generalnie nie przepadam za muzyką, w którą zamieszany jest nasz kochany Neige, jednak „.neon” jest jedną z tych nielicznych płyt, których słuchanie mnie nie boli. Z drugiej strony nie doszukiwałbym się na tym krążku niczego niezwykłego; jest to raczej solidnie nagrany album z niezbyt bluźnierczym black metalem, odpowiednio utemperowanym zarówno brzmieniowo, jak i przez romantyczną duszę Neige. Biorąc jednak pod uwagę późniejsze wydawnictwa Lantlôs, jak i to, co odpierdala się w Alcest, „.neon” należy potraktować jako całkiem udany wybryk.


Mord’A’Stigmata – Ansia (2013)
mordastigmata-ansia-cover-okladka
Znów wracamy do Polski, a co jeszcze ważniejsze – wracamy do wydawnictw z wysokiej półki. Zeszłoroczna „Ansia” to kolejny przykład na to, jak powinien brzmieć nowoczesny black metal. Nie doświadczymy tutaj zbyt wielu wycieczek w stronę shoegaze’u czy post-rocka – żeby nie powiedzieć, że nie ma ich wcale – natomiast nie zabraknie przede wszystkim odpowiednio zaakcentowanej atmosfery. Wszystkie pochwały (a troszkę ich zanotowałem) w kierunku tej płyty są jak najbardziej na miejscu. To po prostu bardzo dobry album, którego wręcz nie wypada nie znać.


Austere – To Lay Like Old Ashes (2009)
227882
Nieistniejący już Austere to projekt oscylujący w podobnej stylistyce co wspomniany już Ash Borer, jednak znacznie bardziej surowy i silniej czerpiący z estetyki depressive black metalu. Jest to muzyka na wskroś emocjonalna, w której swoisty romantyzm i artyzm miesza się w niemal równych proporcjach z jak najbardziej ekstremalnym metalem. Co ciekawe, te bardzo mroźne dźwięki powstawały w Australii, kojarzącej się raczej z Aborygenami i pająkami zjadającymi węże, niż z black metalem. Jak się jednak okazuje, również na Antypodach rodzą się ludzie zdolni nagrywać bardzo sugestywny, bardzo emocjonalny i przede wszystkim stojący na bardzo wysokim poziomie metal.


Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii felietony i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s