Płyta tygodnia #23

trevor

Drugi odcinek po powrocie i bez obsuwy! Dzisiaj klasycy stonera z tym mniej popularnym albumem, post-rock z Australii, który stara się udowodnić, że ten gatunek jeszcze się nie skończył, a na koniec but na ryj i zbieraj zęby z podłogi.

Corrosion of Conformity – In the Arms of God (2005)

70200Corrosion of Conformity to jedna z tych nazw, które każdy młody adept sztuki stonerowej znać powinien i z dużą dozą prawdopodobieństwa – myślę że 95% byłoby tu dobrą liczbą – przypuścić można, że zna, zaś z nieco mniejszą dozą – 60%? – że bardzo lubi. Ja, jako taki właśnie adept, też oczywiście poznałem i polubiłem, choć nie bardzo. Ich najbardziej rozpoznawalny album, czyli „Deliverance”, uważam za dobry, ale nie rewelacyjny, za to swoisty hymn zespołu z tej płyty pochodzący – „Clean My Wounds” – strasznie działa mi na nerwy. Inne albumy z lat 90 i ten z 2000 roku są, powiedzmy, w porządku. Ale jest jeden, który wywołuje u mnie już trochę więcej pozytywnych reakcji, takich jak ciary na plecach i syndrom „a co tam, włączę calość jeszcze raz!”. Tym albumem jest „In the Arms of God”, czyli album, który, jak się jakiś czas temu okazało, wieńczy pewną erę w historii zespołu. Jest to dziełko nieco inne od poprzednich, od takiego na przykład „Deliverance” o wiele spójniejsze. Jest w pewnym nieuchwytnym sensie cięższe, poważniejsze (nie powiem dojrzalsze, bo nie lubię tego określenia używać w stosunku do muzyki). Nie dziwi to, w końcu „In the Arms of God” od swojej poprzedniczki dzieli długie pięć lat. Co do mnie zaś – parę lat też już minęło, od kiedy pierwszy raz usłyszałem „Stonebreaker”, ale utwór ten, otwierający płytę, cały czas robi na mnie wielkie wrażenie, zwłaszcza jego wstęp. A wieńczący płytę utwór tytułowy… Co ja będę pisał, sami posłuchajcie.

Pan Wąs

Sleepmakeswaves – Love of Cartography (2014)

loveof
Post-rock jest w odwrocie, jest nieciekawy, w kółko to samo, bla bla bla. Wszystko to prawda, jasne, ale tak się złożyło, że akurat w tym roku ukazały się co najmniej trzy dość interesujące płyty. I o ile Mogwai i długo oczekiwany Jakob mogą nie wzbudzać zachwytów, a jedynie nie rozczarowywać, tak całkiem do rzeczy wydaje się być „Love Of Cartographysleepmakeswaves. Nie będę nikogo kłamał – nie ma na tym krążku nic odkrywczego – ale wyeksploatowana post-rockowa formuła w wydaniu Australijczyków nabiera znamion świeżości. Przede wszystkim słychać, że chłopaki czują taką muzykę i czerpią z jej grania mnóstwo radości, czego przykładem są bardzo chwytliwe, zwłaszcza jak na gatunek, „Perfect Detonator” czy „How We Built The Ocean”. Muzycy nie bawią się w niepotrzebne dłużyzny, dobrze wyważają proporcje pomiędzy gitarami a elektroniką oraz zapewnili swojemu najnowszemu dziecku produkcję na najwyższym poziomie. „Love Of Cartography” jest świetnie naoliwioną maszynką, w której bezbłędnie chodzi każdy trybik. Jedyną bolączką tej płyty jest po prostu jej styl, tak jak już wielokrotnie mówiłem wyeksploatowany chyba już do granic możliwości. Jeśli jednak spojrzymy tylko i jedynie przez pryzmat post-rocka, to mamy do czynienia z co najmniej dobrą płytą, która zostawia z tyłu ostatnie dokonania God Is An Astronaut czy Mogwai.

Emef

Acid Bath – When the Kite String Pops (1994)

kitestring
Wspominałem o tej płycie przy okazji mojej spowiedzi, jednak tak genialna rzecz, jaką z całą pewnością jest, zasługuje na nieco większy wpis. Acid Bath katowałem strasznie w liceum. A stało się tak głównie dzięki agresji i szaleństwu wylewającym się z każdym riffem „When the Kite String Pops„. Szaleństwo to z rodzaju pijackiego amoku, Trevora z GTA V, destruktywne, autodestruktywne i skrajnie nihilistyczne. Przy tym krążku cały dorobek Today Is the Day jawi się niczym dyskografia Arki Noego. Gros kawałków z tego albumu to potężny but na twarz, ale ten cios przybiera różnorakie formy. Czy to sludge’ową („Blue„), hard rockową („Tranquilized„), niemal grindcore’ową („Jezebel„) czy punkową („Cheap Vodka„). Jeśli do tego dodamy świetny wokal i teksty na podobnym poziomie popierdolenia, to maluje nam się niemal pełny obraz zchamienia tej płyty. Aby ten obraz był całkowity trzeba jeszcze wspomnieć o balladach. Acid Bath jak mało który znany mi zespół potrafi równie dobrze przypierdolić, co grać bardziej melodyjnie i z wyłączonymi przesterami. „Scream of the Butterfly„, chociaż mój faworyt w tej kwestii znajduje się na drugim albumie grupy i mowa tutaj oczywiście o „Dead Girl„. Ostatnio doszły mnie głosy o reunionie, jednak nie chce mi się w nie wierzyć. Tym bardziej, że Riggsa na wokalu miałby zastąpić Corey Taylor… W sytuacji, gdy wokal Daxa jest jedną z głównych składowych brzmienia, fundamentem i podwaliną muzyki Acid Bath, jakakolwiek zmiana na tej pozycji jest nie do przyjęcia. Dlatego też ten cały reunion wydaje mi się mało prawdopodobny. Niech legenda pozostanie legendą.

Masta

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Płyta tygodnia i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Płyta tygodnia #23

  1. Pingback: Pedalizna | geometryofsound

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s