Muzyczna edukacja

płyty

Mam takiego pecha, że jestem najstarszy z czwórki rodzeństwa. Nie miałem starszego brata, któremu mógłbym podkradać płyty. Który katowałby mnie swoją muzyką aż do porzygu, aż zaczęłaby mi się podobać. Nikt nie zabierał mnie na koncerty. Rodzice również nie interweniowali w tym zakresie. I bardzo dobrze z drugiej strony. Muzycznie musiałem edukować się sam, co było szczególnie trudne w okresie, gdy nie miałem ani internetu, a w moim telewizorze odbierało ledwie pięć kanałów, więc na MTV czy VIVĘ nie miałem co liczyć. Zostawało jedynie 30TON raz w tygodniu. Eh prehistoria.

Linkin+Park

Pominę może od razu okres, kiedy w moim odtwarzaczu gościły techno hity, których tytułów już nawet nie pamiętam. Pominę też czasy zasłuchiwania się Stachurskim (to chyba jest odwaga, żeby się przyznać do fascynacji „Typem niepokornym”?) czy polskim „rapem” pokroju Ascetoholix czy Trzeci Wymiar (Mezo od zawsze był pedał, podobnie jak Jeden Osiem L), no i oczywiście Eminem. Przejdźmy do momentu, kiedy na TVNie w soboty w godzinach przedpołudniowych emitowana była top lista hitów z VIVY. Wówczas to poznałem Linkin Park. „Somewhere I Belong” był ich pierwszym kawałkiem, który usłyszałem i zakochałem się od razu. To można tak krzyczeć?! Dla mojego ucha, wychowanego na wyżej wspomnianych (po)tworach i disco-polo był to istny szok. Kolejne single sprawiły, że musiałem nabyć całą płytę i „Meteora” została pierwszym albumem, który zagościł na mojej półce. Nadal gdzieś się poniewiera w domu. Porysowana do granic, że żaden odtwarzacz już raczej sobie z nią nie poradzi. Ze zniszczonym pudełkiem i porozdzieraną wkładką. Istny relikt, niemal relikwia. Sentyment do muzyki jednak nie pozostał. Taki „Faint” trwa bodajże 2 minuty i 42 sekundy, ale ja już go nie zdzierżę w całości.

System+of+a+DownKółko informatyczne – kolejne błogosławieństwo. Wychowując się na wsi nie mogłem liczyć na dobrodziejstwo kafejek internetowych, a posiadanie Internetu w domu było dla mnie tematem kompletnie abstrakcyjnym. To tak jakbym zamiast autobusem do szkoły docierał wahadłowcem. Zostając na dodatkowych zajęciach zacząłem poznawać podobnych wykonawców. Dodatkowo wraz z przekazywanymi między kumplami płytami ze „śmiesznymi rzeczami” natrafiłem na Limp Bizkit i System of a Down. Zespoły zestawiane ze sobą od zawsze. Zespoły, które nie mogły mi się wówczas nie spodobać. Naściągałem teledysków do „My Way”, „Rollin’”, „Take a Look Around”, „Chop Suey”, „Toxicity” i mogłem się nimi katować godzinami. Te dwa zespoły mogę nawet bez obrzydzenia czasem posłuchać (nawet całych płyt w postaci „The Unquestionable Truth” czy „Toxicity”). I teraz dochodzimy do wspaniałego dnia, w którym powróciwszy ze szkoły do domu ojciec wręczył mi pudełko z pakietem instalacyjnym neostrady i powiedział „weź to podłącz”.

ratmIleż to nowych możliwości. I można pograć w CS’a! Ale nie o grach tu mowa. Tak więc odkrywałem nowe rejony głównie muzyki nu-metalowej, chociaż też dalej wałkowałem pospolite rapsy i techniawy. Jakimi wspaniałymi miejscami były fora internetowe (pozdrawiam lpzion i forum Limp Bizkit, którego nazwy już nie pamiętam). Na playliście na stałe zagościł Korn, Disturbed, Deftones (przewija się do dziś). Jeszcze wspanialszym miejscem okazała się witryna last.fm. To dopiero była kopalnia muzyki! Dziś już mniej przychylnie patrzę na auto-rekomendacje z tej strony, ale kilka lat temu? Na winampie pojawiało się coraz więcej kupo-metalu, do którego aż wstyd się przyznać. Nie wiem jakim cudem nabiłem tyle odtworzeń zespołom pokroju Ill Niño, Taproot albo Spiritfall, które już wtedy powinny kłuć moje uszy. Ale pojawił się też Rage Against the Machine, do którego już wstyd się nie przyznać. Zanim jednak RATM jeszcze była fascynacja Black Light Burns, którego fan-forum miałem nawet przyjemność moderować. Później też forum o RATM wspólnie z kolegą Wąsem (wtedy jeszcze Niszczukiem).

SoulflyZ czasem zacząłem odchodzić od tych całych nu-metali na rzecz wyżej wymienionych zespołów oraz np. Toola. Ale tym kolejnym najważniejszym okazał się Soulfly. Był to okres przed wydaniem „Conquer” i łykałem bez popity wszystko co wydali do tej pory. Dzień bez odsłuchania „Jumpdafuckup”, „Frontlines” czy „Prophecy” był dniem straconym. Maxowi Cavalerze byłem gotów postawić ołtarz w swoim pokoju. Tym bardziej, gdy poznałem Sepulturę. A od Sepultury już niedaleko do Slayera, Megadeath, Exodus (Metalliki słuchałem już od dłuższego czasu). Wraz z rozpoczęciem działalności forum i bloga Winyl.info horyzonty poszerzałem coraz bardziej. Pojawiły się stonery (High on Fire i Kyuss), więcej progresywno-metalowych rzeczy (Opeth, Ne Obliviscaris), szukałem w death metalu (Nile, Bloodbath, Dagoba), grzebałem też w elektronice (DJ Shadow, Prodigy rzecz jasna). O dziwo nigdy nie miałem wielkiej fazy na metalcore. Przyszły również kolejne większe podjary jak choćby Mastodon, Cult of Luna czy Acid Bath. Aż do poznania Neurosis.

neurosisNeurosis, z którym nie od razu się polubiłem. W sumie nic dziwnego, jeśli najpierw przez parę lat katuje się Soulfly, a później poznaje coś takiego. Pierwszą płyta, którą poznałem było „A Sun that Never Sets”. I odrzuciło. Posłuchałem i leżało na dysku przez jakiś czas. Ale w końcu się przełamałem i odsłuchałem drugi raz. Chwyciło wyjątkowo mocno. Przy „From the Hill” mogłem się nawet popłakać. Tak samo przy „The Tide”. „Stones from the Sky” chyba nadal pozostaje moim ulubionym utworem w ogóle. Zacząłem kopać i odkrywać ich pozostałe albumy z „Through Silver In Blood” na czele. Ale przecież też „Times of Grace” i „The Eye of Every Storm”, to dla mnie płyty 10/10. Już jeden pomnik w postaci paru artykułów im postawiłem, więc daruję może sobie kolejny spusty na ich temat.

Poznałem Isis (nie weszło od razu), Godspeedów, całą falę pocztowego grania. Występ Rosetty w Łodzi nadal jest jednym z ważniejszych koncertów na jakim byłem (Rosetta za 15zł, w jakiejś melinie w opuszczonej kamienicy na 3 piętrze, gdzie teraz mam salę prób, niesamowite). Poznałem całe miliard innych zespołów z gatunków wszelakich, którymi dzielę się teraz na łamach tego blogaska.

Neurosis było chyba ostatnim takim punktem przełomowym. W swoim życiu miałem zatem takie trzy, kiedy fascynacja muzyką danych postaci prowadziła do odkrywania nowych horyzontów. Był Linkin Park, Soulfly i właśnie Neurosis. Kolejnej ery póki co nie mogę wyróżnić, ale przecież tyle jeszcze przede mną. Może fascynacja jazzem albo klasyką. Może wkroczę w końcu porządnie w ambient? Kto wie. Na razie jaram się Swansami i polską sceną black metalową. Dlaczego napisałem ten tekst? Nie wiem sam w sumie. Może chciałem się pochwalić, że zaczynając od Boysów i Stachurskiego można po wielu latach jarać się nową Furią. Może też potrzebna mi była moja muzyczna spowiedź z grzechów lat młodzieńczych. Ciekaw też jestem przygód innych ludzi, od czego zaczynali i co kształtowało ich gust muzyczny. Dlatego liczę, że pod wpisem zobaczę parę wpisów z historiami innych słuchaczy. Zapraszam serdecznie.

Masta

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii felietony. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Muzyczna edukacja

  1. Mega props za ten sam ulubiony kawałek Największy majstersztyk w historii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s