Swans – 18.10.2014, Unsound Festival, Teatr Łaźnia Nowa, Kraków

swanslive1

Już na wstępie zaznaczam, że to nie będzie relacja w stricte tego słowa znaczeniu. Bo też występy Swans nie wpisują się w książkową definicję słowa „koncert”. To bardziej mistyczne przeżycie muzyczne. Kilkugodzinna msza hałasu, drone’ów i noise’ów. Wydarzenie, w którym trzeba uczestniczyć. Już nawet pomijając legendarny status grupy, ich wcześniejsze dokonania płytowe, bo usłyszenie tego wszystkiego na żywo, to doznania zgoła odmienne od tych towarzyszących słuchaniu dowolnego albumu Łabędków w domowym zaciszu.

swanslive2

Dlatego też nie będę się rozprawiał nad technicznymi aspektami występu. Nad selektywnością dźwięku, o tym czy klub spełniał odpowiednie warunki akustyczne. Nawet set lista jest mało ważna, gdy wejdzie się w ten odpowiedni tryb i po prostu chłonie DŹWIĘK. Tak, DŹWIĘK, nie po prostu „dźwięk”, ale DŹWIĘK. Bo Swans na żywo to jest monument, kolos, moloch nie do ogarnięcia. Ta burza drone’ów i pulsujący bas nie pozwala się skupić na niczym innym, na początku jedynie pamiętałem jeszcze, żeby cyknąć jakąś fotkę do relacji. Nawet ten przeogromny hałas nie przyprawiał o ból głowy, a tylko potęgował doznania. A bałem się, że błędem był brak zakupu stoperów. I w zasadzie na tym można by relację skończyć, bo naprawdę ciężko mi się ubiera w słowa, to czego byłem świadkiem. Oglądałem oba dodatki DVD z ostatnich albumów Swans i poniekąd wiedziałem czego mogę się spodziewać. Kolega Emef też w samych superlatywach wspominał ich występ na Offie parę lat temu, ale to co usłyszałem na miejscu przerosło moje oczekiwania. Ta muzyka pulsuje, tętni życiem, po zespole widać, że oni nawet oddychają w jednym tempie. Gira w tym swoim szamańskim amoku pełni dodatkowo funkcję dyrygenta, sprawującego stuprocentową kontrolę nad tym co dzieje się na scenie. O nim można powiedzieć, że jest liderem z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście nie ujmując nic pozostałym muzykom, bo po nich też widać ponadnormowe zaangażowanie. Mogę wymieniać momenty szczególnie podniosłe, kiedy stopień ekstazy wykraczał już grubo poza skalę, ale musiałbym opisać cały koncert minuta po minucie, a to i tak nawet w najmniejszym ułamku nie oddałoby tego co wydarzyło się w Krakowie.swanslive3

Żałuję, że pewnie nie dam rady ogarnąć któregoś z grudniowych koncertów, żeby dać się zniszczyć raz jeszcze. Szkoda też, że na nową płytę też pewnie przyjdzie nam jeszcze poczekać z rok albo dwa, bo nowy materiał na żywo to również kosa straszna. „Frankie M”, to mozolnie rozpędzający się drone ze świetną partią wokalną, jedną z najbardziej delikatnych, jaką Gira nagrał po wznowieniu działalności grupy. „Don’t Go” jest już bardziej bezpośrednim utworem, bardziej skondensowanym (jak kurwa 13 minutowy walec może być skondensowany?!), ale zostawiający pewne niedopowiedzenie i nie unicestwiający słuchacza na koniec. Genialnie za to zapowiada się „Black Hole Man”. Zagrali go w połączeniu z „Bring the Sun”, który to oczywiście pełni rolę wstępu i budowania atmosfery, a nowy utwór jako punkt kulminacyjny zaskakuje post-punkową rytmiką, swoistą skocznością i nagłymi wybuchami przeplatanymi wokalem Giry. Coś takiego na koniec i z powrotem byłem na kolanach.

Tak więc, jeśli ktoś się jeszcze zastanawia czy wybrać się, do Gdańska, Poznania lub Warszawy, to niech się jebnie w czerep, że w ogóle ma takie rozterki. Trzeba iść.

Masta

Pozwolę sobie pominąć wszelkie przygody związane z samym wyjazdem do Grodu Kraka (o tych to akurat Masta powinien wspomnieć, hehe) i zajmę się dodaniem raptem kilku słów więcej. To, co napisał powyżej Masta, to całkowita prawda. Swans w krakowskim Teatrze Łaźnia sięgnęli absolutu, złapali Boga za rękę, a prędzej za jaja i nie puszczali już do końca występu. Michael Gira z zespołem do perfekcji opanowali lawirowanie pomiędzy zupełną ciszą a hałasem, który raz jest niesamowicie chwytliwy czy wręcz taneczny, a raz znajduje się na pograniczu muzyki. To były dwie godziny i czterdzieści minut pierdolonej boskości. Kończąc to lizanie po chujach wspomnę jeszcze tylko, że brzmienie było niesamowicie selektywne pomimo volume’a podkręconego do granic możliwości – słychać było jak na dłoni wszystkie dzwonki, gwizdki i inne przeszkadzajki, które Swans mają w ofercie.

Chyba długo potrwa, zanim pójdę na jakikolwiek koncert. Nie chcę sobie psuć dobrych wrażeń.

Emef

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Relacje i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Swans – 18.10.2014, Unsound Festival, Teatr Łaźnia Nowa, Kraków

  1. Anonim pisze:

    Znaleźli się i tacy, co to im tylko „The Apostate” podchodziło. Damn, po Twojej relacji tym bardziej nie mogę doczekać się koncertu w Gdańsku, na który oczywiście pójdę. Zwłaszcza po „To Be Kind” które mną wstrząsnęło : O Polecam też przeczytać relację unsoundową na stronie Wyborczej – można się z niej dowiedzieć… niczego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s