Thaw, Outre, Entropia – 17.10.2014, Firlej, Wrocław

hapahapa

Nie tak dawno napisałem parę słów na temat post-black metalu (KLIK!) i nie musiałem długo czekać, by sprawdzić na własnej skórze, jak mają się sprawy w kraju nad Wisłą. Wspólna trasa Thaw, Outre i Entropii to, chciałoby się powiedzieć, esencja tego, co zwykło się u nas określać właśnie tym mianem. I choć każdy z wymienionych zespołów widziałem już na żywo, a Thaw to z pięć razy tylko w tym roku, nikt nie musiał mnie namawiać, żeby wydać dwadzieścia polskich złotych i podreptać do „Firleja”. Czy się to do końca opłaciło, to, jak się okazało, już nieco inna kwestia.

Piłem sobie jeszcze spokojnie piwo, gdy ze sceny zaczynały dobiegać pierwsze dźwięki koncertu Entropii. Doskonale pamiętam występ oleśniczan na Asymmetry Festival w 2013 roku – wtedy ich set całkowicie mnie oczarował, przez co gotów byłem poświęcić nawet koncert Mayhem, by obejrzeć i posłuchać Entropii do końca (a w sumie trochę żałuję, biorąc pod uwagę, jak bardzo The True Mayhem possało wtedy pałkę). Niestety, tym razem musiałem przyjąć na klatę porządnego buta, bo występ, po którym naprawdę wiele sobie obiecywałem, zdecydowanie nie porwał. Entropia musiała borykać się z paskudnym brzmieniem, przez co wszystkie gitary zlały się w jedną, ciężką do rozróżnienia masę, w której dodatkowo całkowicie zgubiły się klawisze. Bogata w aranżacyjne smaczki muzyka Entropii wymaga jednak znacznie większego poszanowania warstwy brzmieniowej, zwłaszcza w przypadku, gdy to te nieszczęsne klawisze ciągną linię melodyczną, tak jak w „Gauss”, który z tego względu został całkowicie położony. Do tego chłopaki zachowywali się bardzo statycznie i jakby trochę niepewnie, co dodatkowo rzutowało na ich niekorzyść. Muszę natomiast przyznać, że nieźle wypadły nowe utwory – zwłaszcza ten drugi, z gęstą rytmiką i stosunkowo ciężkim riffowaniem zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Co ciekawe, moja luba stwierdziła, że to był dobry koncert, jednak należy w tym miejscu wspomnieć, że swoją opinię opierała głównie na tym, że to młode i ładne chłopaki. No cóż, zawsze lepsze to niż nic.

Gdy na scenę wchodziło Outre, jak zwykle nie zdążyłem jeszcze dopić piwa i tak jak ostatnio musiałem udać się z kubeczkiem pod scenę – z jednej strony zawsze mnie to wkurwiało, jak ktoś stał z piwem na koncercie, z drugiej siedem zeta wydane, to nie wyleje. Nevermind. Twórczość Outre nie jara mnie jakoś szczególnie, żeby nie powiedzieć że praktycznie wcale, ale i ten zespół pamiętałem z przyzwoitego występu na Asymmetry ponad rok temu. Również i w piątkowy wieczór było przyzwoicie. W przeciwieństwie do poprzedników, Outre zabrzmiało całkiem selektywnie i przede wszystkim po prostu dużo lepiej, na czym znacznie zyskał odbiór koncertu. Co prawda chłopaki nie pograli za długo, zaś poza Nowakiem reszta ekipy nie kipiała energią – frontman krakowian zdecydowanie spocił się za wszystkich.

Na Thaw już nie pędziłem z piwem, tylko z „Earthground” w ręku. Pierwszy raz miałem okazję widzieć chłopaków jako headlinerów – wcześniej zawsze musieli grać przed kimś, a najczęściej to przed wszystkimi. Muszę przyznać, że z roli headlinera wywiązali się naprawdę dobrze i pokazali, że po intensywnym roku koncertowania zdobyli całkiem duże doświadczenie sceniczne. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że teraz Thaw to nie do końca ten sam zespół, który rok temu otwierał koncerty Behemotha. Na obecną chwilę bleczysko takie jak chociażby „Divine Light” stanowi tylko urozmaicenie dla eksperymentalnych zapędów muzyków, którzy coraz mniej machają głowami, natomiast coraz więcej kręcą. Także pokrętłami, czemu dali wyraz zwłaszcza w świetnej kulminacji koncertu, kiedy sprzęgało i jebało po uszach dosłownie wszystko. Jak zwykle w ich przypadku coś tam mi nie grało w brzmieniu – przede wszystkim ginął wokal – ale to też już chyba ich taka specyfika, bo na każdym koncercie Thaw, na którym byłem, wokal ginął mniej lub bardziej wyraźnie. Teraz zaginął prawie że na amen, ale przynajmniej hałasu i zła nie zabrakło. Myślę, że każdy z przybyłych (a było ich, na oko, tak koło czterdziestu) był zadowolony. Jedynym zgrzytem była długość występu – śmiało mogli zagrać trochę dłużej, a prawdę mówiąc, to nawet bardzo dłużej. No cóż, dla tak śmiesznej publiki to mi pewnie też by się za bardzo nie chciało.

Wracając do domu, ciągle miałem szum w uszach. Koncert Swans następnego dnia nie był najlepszym pomysłem, żeby się go pozbyć.

Emef

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Relacje i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s