Death Denied – Transfuse the Booze (2014)

BAND

Macie czasem tak, że jeszcze zanim posłuchacie jakiejś płyty już jesteście pewni, jak będzie ona brzmiała?

Jasne, nie można oceniać książki po okładce. Ani płyty. Po jednym teledysku też nie. Zdarza się jednak tak, że nie sposób tego nie robić. I nie zawsze jest to złe, bo przecież bywa i tak, że się człowiek miło zaskoczy.Tak właśnie było ze mną i z debiutem łódzkiego Death Denied. Chłopaki dość dawno wysłali nam materiał do ocenienia, a ja się bardzo długo za niego zabierałem – właśnie dlatego, że byłem prawie pewien, co tam usłyszę: kolejny niezbyt udany melanż Down, Pantery i Black Label Society. W pewności tej z jednej strony utwierdził mnie promujący płytę klip do utworu „Jack, Jim and Johnny”. O czym piosnka ta opowiada chyba pisać nie muszę – to jest ta jedna strona. Z drugiej – jej punkowa energia i przebojowość nawet mi się spodobały i pomyślałem, że może znajdę tam coś oprócz tego, czego się spodziewam. Może to dlatego w końcu się zabrałem za posłuchanie całości. I mimo że słyszałem sztampę, nie była to sztampa, jakiej się spodziewałem i za to plus. Gdy jeszcze przypomnę sobie, jak bardzo rozczarował mnie debiut J.D. Overdrive, Death Denied wywołuje u mnie same pozytywne myśli. Owszem, jadą kliszami, ale również tymi mniej oczywistymi. Takimi, które trącą prawdziwym Południem, a nie tylko dziurawą, brudną flagą konfederacji, wiszącą gdzieś na ścianie podrzędnego, śmierdzącego baru. Chłopaki nie stawiają tylko na metal, tu i tam zagrają nieco lżej – momentami nasuwają się nawet skojarzenia ze Spiritual Beggars („The Engines of Eternity”). Jest więc w miarę różnorodnie – spodobała mi się na przykład jedna z ballad – „Moonshine Healing”, w tle której zabrakło tylko cykania świerszczy. Słyszysz to i mentalnie przenosisz się na tratwę, sunącą powoli wzdłuż Mississippi. Całkiem ciekawie prezentuje się również i ballada druga, „Tumbleweeds” – a pisze to wszystko osoba, która na ogół ballady omija szerokim łukiem. Nie jest to utwór wybitny, ale przykuwa ucho.

Żeby nie było jednak zbyt pięknie – mimo ogólnego uczucia, że płyty słucha się nieźle, trudno jest zmusić się do ponownego odsłuchu. Większość utworów zlewa się w jedno i ciężko jest przypomnieć sobie, który utwór to który, bo są do siebie trochę zbyt podobne. Palec sam wędruje na przycisk „następny utwór”. Może to mój problem, może jestem zbyt wybredny, ale słyszałem za dużo płyt tego rodzaju, żeby łykać wszystkie jak leci.

Nie będę się zatem oszukiwał – nie wrócę do tego materiału więcej niż trzy, może cztery razy, jednak sam fakt, że mam zamiar wrócić, to dużo. Czy na koncert bym się wybrał – trudno powiedzieć. Na pewno nie odrzuciłbym takiej możliwości od razu. A tak w ogóle (może powinienem napisać o tym na początku tekstu?), gdybym trafił na tę płytę ze cztery lata temu, na pewno bardzo bym ją polubił.

Pan Wąs

COVER



  1. Jack, Jim and Johnny [2:44]
  2. Lady Liquor [3:55]
  3. Engines of Eternity [3:42]
  4. The Trampled and the Strong [4:26]
  5. Tumbleweeds [5:04]
  6. The Devil I Know [3:46]
  7. River of Booze [4:08]
  8. The Morning After [4:05]
  9. Moonshine Healing [3:49]
  10. The Ballad of Gerard B. [2:14]
  11. Mould [2:35]
  12. Dyin’ Time [5:41]

Całość: 46:15

Skład: Gecko – wokal, guitara; Vincent – bas, wokal; Kiemzo – guitara; Wrona – perkusja


Data wydania: czerwiec 2014

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s