Electric Wizard – Time to Die (2014)

wizard

Pewnie jak wielu uwielbiam wszelakie przedpłytowe zapowiedzi samych twórców. Lubuję się w obietnicach powrotu do stylu z początków grania danego zespołu. Kocham się w stwierdzeniach, że znowu udało im się uchwycić ducha albumów sprzed dekady, dwóch, trzech. Drugą (trzecią, czwartą) młodość udaje się przeżyć nielicznym (Gira, Zagumny, pół składu San Antonio Spurs), magiczne panaceum na odzyskanie dawnej formy nie istnieje. Inna sprawa, że muzycy Electric Wizard wysokiej formy nigdy nie utracili, ale szumne zapowiedzi o powrocie do gęstej atmosfery „Dopethrone” były, a jak wiadomo często mają się one do rzeczywistości, jak gra Widzewa do obietnic Cacka o powrocie do Ekstraklasy.

Dlatego chociaż czekałem na nowy album czarodziejów całe cztery lata, to pierwsze informacje o „Time to Die” nie napawały mnie nadziejami na kolejną płytę absolutną. Płytę gdzie każdy riff będzie trafiony w punkt, brzmienie brudne niczym kible w pociągach PKP, a wszystko spowite gęstym dymem wiadomego pochodzenia. Nawet kolejne utwory publikowane przed premierą nie napawały mnie zbytnim optymizmem. Rzeczywiście zwiastowały powrót do skrajnie basowego brzmienia, do drone’owych odjazdów i nieco odejście od retro-doomowej stylistyki ostatnich dokonań grupy. Z drugiej strony pierwszy riff „Sadiowitch”, to przecież istne podgryzanie własnego ogona w postaci początku „Black Mass”! Aczkolwiek mniemam, że to zamierzony chwyt i puszczenie oczka do słuchacza. Taki wyznawca kultu riffu, jakim jest Jus Oborn, raczej jest świadomy swych wcześniejszych osiągnięć i nie jeździ pięćdziesiąt razy na jednym pomyśle (pozdro Dylan Carlson). Ewentualnie przyczyn można jeszcze szukać w skutkach ubocznych stosowania ziół niekoniecznie legalnych. Zespół za to już z całą pewnością puszcza oczko zwieńczając płytę samplem rozpoczynającym „Dopethrone”.Malkontenci mogą marudzić, że album nie zaskakuje, że jest to Electric Wizard jaki już znamy od lat. Pytanie na ile jest to skutek niechęci do zmian, a na ile po prostu efekt wypracowania na tyle charakterystycznego brzmienia i stylu. Najważniejsze, że te riffy nadal „siedzą”, a słuchając takiego „Funeral of Your Mind” nóżka może nie chodzić tylko Oscarowi Pistoriusowi (utwór póki co dzierży u mnie tytuł Kosy Albumu). Dominują jednak oczywiście tempa powolne, walcowate. Ze znaczących i rzeczywiście słyszalnych na pierwszy rzut ucha zmian należy wymienić przede wszystkim wprowadzenie do instrumentarium syntezatorów czy tam innych hammondów. Można nawet rzec, że czegoś takiego brakowało, aby jeszcze bardziej spotęgować psychodeliczne doznania i dopełnić narkotyczne wizje o nowe elementy.

Cóż tu dalej smęcić. Król powrócił i po raz kolejny poustawiał wszystkich pretendentów do miana mistrza wagi ciężkiej federacji stoner-doomowej. Wzór niedościgniony na swoim polu, jednak póki co nie chwyta mnie aż tak, jak zrobili to z „Black Masses”. Może to kwestia czasu, może po prostu tamten album bardziej przypadł mi do gustu. Brakuje mi też zniszczenia ostatecznego, nie ma kawałka na miarę wiadomo czego z wiadomo której płyty. Ale „Funeralopolis” to był utwór, który nagrywa się raz, natchnienie, które nadchodzi raz, riff, który słyszy się w głowie tylko raz i lepiej żebyś go od razu nagrał, bo za chwilę może być za późno. Panowie i Pani z Electric Wizard już nie raz udowodnili swoją wartość, a „Time to Die” to kolejne potwierdzenie ich niebagatelnego talentu muzycznego.

Masta

time


  1. Incense for the Damned [10:42]
  2. Time to Die [7:49]
  3. I Am Nothing [11:31]
  4. Destroy Those Who Love God [3:14]
  5. Funeral of Your Mind [7:08]
  6. We Love the Dead [9:05]
  7. SadioWitch [4:10]
  8. Lucifer’s Slave [8:40]
  9. Saturn Dethroned [3:07]

Całość: 1:05:26


Skład: Jus Oborn – gitara, wokal; Liz Buckingham – gitara; Mark Greening – perkusja; Clayton Burges – bas.


Data wydania: 29 września 2014

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Electric Wizard – Time to Die (2014)

  1. Kosy Roku nawet, najlepszy kawałek od wieków dla mego, łaknącego takich hitów, ucha!

  2. Pingback: Podsumowanie roku 2014 – Masta | geometryofsound

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s