Anathema – Distant Satellites (2014)

10402976_10152477146893629_191977940454776408_n

Anathema, wydając w 2010 roku długo wyczekiwany album „We’re Here Because We’re Here”, otworzyła w swojej karierze całkiem nowy rozdział. Pierwsza od ładnych kilku lat płyta zmieniała bowiem oblicze grupy, odrzucając znaną dotąd podszytą smutkiem nostalgię i przywdziewając tym samym szatę o nieco jaśniejszych kolorach. Na „Weather Systems” Brytyjczycy konsekwentnie poszli obraną album wcześniej ścieżką, dalej eksplorując rubieże alt rocka, tym razem może nieco mocniej przyprawione elektroniką. O ile „We’re Here…”, będąc krążkiem świeżym, a przede wszystkim obfitującym w delikatne, niezłe melodie odebrałem jak najbardziej pozytywnie, o tyle powtórka z rozrywki na następnym wydawnictwie już nie do końca przypadła mi do gustu. Minęły dwa lata i bracia Cavanagh znowu przypominają o sobie nowym albumem. I wiecie co? Jest jeszcze słabszy od poprzedniego.

Rzadko mówię, że jakiś zespół zjada własny ogon, ale jest to jedyne sensowne określenie, jakim mogę opisać aktualną formę wydawniczą Anathemy. „Distant Satellites” to krążek bliźniaczo podobny do „Weather Systems”. Podobnie jak poprzednika, tak i tegoroczny album otwiera dwuczęściowy utwór (właściwie trzyczęściowy, lecz na początku wydawnictwa umieszczono dwie pierwsze części „The Lost Song”), a im dalej w las, tym podobieństw jest więcej. Również i tym razem więcej miejsca otrzymała Lee Douglas, śpiewając w całości drugą część „The Lost Song” i prawie całe „Ariel”. Obecne są oczywiście znane z „Weather Systems” wokalne damsko-męskie pojedynki, zaś wszystkie utwory, tak samo jak dwa lata wcześniej, są alt rockowymi piosenkami z wyraźnym, elektronicznym tłem. Generalnie, większość utworów wygląda tak: nastrojowy wstęp grany na fortepianie/syntezatorze, do którego dobudowywane są kolejne elementy aż do osiągnięcia finału, który określić można mianem swoistej „emocjonalne burzy” (przy czym muszę zaznaczyć, że w przypadku tak oklepanego materiału, tych emocji także jest jakby ciut mniej… albo po prostu mają one mniejszą siłę oddziaływania). Pal licho, gdyby mimo stosowania utartego schematu, zespołowi udało się wymodzić choć dwie-trzy dobre melodie. Niestety, na „Distant Satellites” na próżno szukać potencjalnych hitów; w ucho rzuciły mi się jedynie bardziej dynamiczny „The Lost Song – Part 1” i mocno elektroniczny „You’re Not Alone”. Reszta utworów, poza ogranym do granic możliwości schematem kompozycji i równie znanymi, co już nużącymi melodiami, nie oferuje nic nowego.

Nie będę ściemniał – nie tego spodziewałem się po nowym krążku Anathemy, aczkolwiek powiedzieć, że czegokolwiek oczekiwałem, byłoby drobną przesadą. Właściwie nie dziwi mnie, że Brytyjczycy kroczą obraną na „We’re Here Because We’re Here” drogą; płyta odniosła w końcu zasłużony sukces, zaś rozwijanie zapoczątkowanej nią stylistyki w takim wypadku wydaje się jak najbardziej naturalnym posunięciem. Anathema jednak bardzo szybko osiągnęła ten moment, że każda kolejna płyta brzmi bardziej jak odrzuty z sesji poprzedniej niż jak premierowy materiał z prawdziwego zdarzenia. Dopóki zespół będzie dalej zanurzał się w to alt rockowe bagno, nie widzę żadnych perspektyw na przyszłość. Co prawda Vincent Cavanagh zapowiada, że kolejny krążek będzie zupełnie inny, jednak i te zapowiedzi brałbym z pewną rezerwą – najbardziej prawdopodobną drogą rozwoju Anathemy jest pójście w kierunku muzyki elektronicznej, co też nie wydaje mi się do końca trafionym pomysłem. Wiem, że czasy „Judgement” już nie wrócą, ale zastanawiam się, czy może, kurwa, tak nie byłoby lepiej… Wszystko lepsze niż to słodko-gorzkie pierdolenie.

Żeby tak nie biadolić, to po raz kolejny płyta jest wydana na światowym poziomie. Zarówno wizualnie (nie mam tu na myśli artworku, lecz raczej robotę odwaloną przez wytwórnię – sprawdźcie sobie, w ilu wariantach można zakupić ten album), jak i akustycznie. „Distant Satellites” to produkcyjny majstersztyk; każdy najmniejszy dźwięk jest słyszalny jak na dłoni, zwłaszcza, kiedy płyty słucha się na niezłym sprzęcie. Pochwały za klarowny sound należą się jednak przede wszystkim Christer-Andre Cederbergowi, który po raz kolejny oprawił muzykę Anathemy w brzmienie najwyższej próby. Oprócz tego „Distant Satellites” to słaby album, na którym próżno doszukiwać się czegoś więcej niż chwil przyzwoitości. Dodam, że pisze to człowiek, którego z reguły bardzo emocjonalne kompozycje grupy mocno łapały za serducho. Niestety, tym razem propozycja Brytyjczyków mocno łapie mnie co najwyżej za jądra, a przynajmniej słuchanie „Distant Satellites” sprawia mi podobną przyjemność. Tegoroczny album braci Cavanagh i spółki mógłbym polecić co najwyżej tym, których jarałoby obcowanie z odrzutami z „Weather Systems”, bo tak mniej więcej brzmi ten krążek. Po prostu jest źle.

Emef


7013_10152288187258629_412115567_n


1. The Lost Song – Part 1 [05:54]
2. The Lost Song – Part 2 [0:45]
3. Dusk (Dark Is Descending) [06:00]
4. Ariel [06:29]
5. The Lost Song – Part 3 [05:22]
6. Anathema [06:41]
7. You’re Not Alone [03:27]
8. Firelight [02:43]
9. Distant Satellites [08:17]
10. Take Shelter [06:07]


Skład: John Douglas – klawisze, elektronika; Vincent Cavanagh – wokal, bas, klawisze, elektronika; Danny Cavanagh – wokal, gitara, klawisze; Lee Douglas – wokal; Daniel Cardoso – perkusja


Data wydania: 9 czerwca 2014, Kscope Music


Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s