Days of the Ceremony 2014 – relacja

10255078_778075148893297_4543821320333023975_o

Festiwalu Days of the Ceremony próżno szukać na listach letnich festiwali obok takich nazw, jak Open’er, Woodstock czy Jarocin. Jest to rzecz raczej podziemna, dla tych, cytując Electric Wizard, „chosen few” – krótko mowiąc, kto ma znać, ten zna. Nie jest to wydarzenie, którego frekwencję liczy się w tysiącach – tutaj nawet jeden tysiąc byłby tłumem. Ale zespoły, które w ramach Days of the Ceremony odwiedziły Warszawę 18 i 19 lipca, i odwiedzały w 2012 i 2013 roku, są w pewnych kręgach znane, niektóre mają już status kultowych.

W zeszłym roku na przykład na deskach Fonobaru zagościli: Pentagram, legenda amerykańskiego doom metalu, czy Orange Goblin, ikona brytyjskiego stonera przełomu wieków. Jednym słowem, składy zasłużone. W tym roku prestiż był nieco mniejszy – kapelą z najdłuższym stażem było japońskie Church of Misery, „ledwo” 20 lat na scenie (dla porównania, Pentagram zaczynał już w latach 70.). W związku z tym wszystko było inaczej, niż rok i dwa lata temu: niższa cena, inna lokalizacja, mniejsza frekwencja. Atmosfera mimo to dopisała, tak samo koncerty.
Zanim na dobre zacznę, wspomnę tylko, że choć miałem chęci obejrzeć wszystkie występy, różne względy nie pozwoliły mi na to i kilka sztuk musiałem przegapić.

Dzień I

Pierwszym, co oglądałem, był lubelski Major Kong, zespół z pewnym już doświadczeniem, powstały na gruzach Fifty Foot Woman. To doświadczenie i kilka lat wspólnego grania wyraźnie przekładają się na doskonałą prezencję sceniczną. Major jest w znakomitej formie, chłopaki są idealnie zgrani, a na scenie najwyraźniej czują się jak ryba w wodzie. Ich oglądanie to czysta przyjemność, o czym świadczyć może fakt, że zrobiło mi się szkoda, gdy kończyli. Szczerze polecam. Muzyka Majora Konga wiele zyskuje na żywo.
Następny w kolejce był Dopelord. Tu już nie było aż tak fajnie. Z jednej strony, niby wszystko grało i zgrzytów nie było, ale z drugiej – czegoś zabrakło. Jakiejś chemii, może luzu, muzycy wydawali się spięci. Sam materiał też nie wypadł do końca przekonywująco. Jednym słowem – mogło być lepiej.
Po Dopelordzie przyszedł czas na mój deser – Suma. To jeden z tych przypadków, gdy zespół zna się ledwie pare miesięcy, ale na samą myśl o obejrzeniu go na scenie ciary przechodzą po plecach. Czasem bywa tak, że się człowiek zawiedzie, lecz nie w tym przypadku. Suma zagrała bezbłędnie. Niesamowity ciężar, transowość, kompletne zapomnienie się w muzyce (zwłaszcza jeśli chodzi o Erika, perkusistę) – to wszystko było na scenie Hydrozagadki. Gdyby muzyka szwedzkiego kolektywu była namacalna, niewątpliwie rozniosłaby w pył nie tylko klub, ale i pobliskie kamienice. Coś naprawdę niesamowitego. Spodziewałem się zniszczenia, ale nie w takim stopniu. Jedynym, co zepsuło mi odbiór widowiska, było (jak się później okazało, nie po raz ostatni) nagłośnienie. Było po yprostu za głośno. I nie, nie był to mój pierwszy koncert w życiu, parę ich już mam za sobą.
Niektórym mógł też przeszkadzać dobór utworów – większość setu stanowił materiał z „Ashes”, a chyba każdy się zgodzi, że najlepsze płyty Sumy to debiut i „Let the Churches Burn”. Zwłaszcza ci, który liczyli na materiał z debiutu, musieli obejść się smakiem, bo zespół tej płyty od paru lat na koncertach nie gra. Ja byłem usatysfakcjonowany – z „Let the Churches Burn” zagrali dwa z trzech moich ulubionych utworów, czyli tytułowy oraz „Hypno Assassin”. Zabrakło niestety „Beef”, ale wiadomo, wszystkiego mieć nie można. Ogólnie rzecz biorąc, wyszedłem z Hydrozagadki zadowolony, choć ogłuszony ponad miarę.

Dzień II

Drugi dzień festiwalu zacząłem od występu numer cztery. Występ O.D.R.A. musiałem przegapić, choć z bólem. Weedpecker, szczerze mówiąc, jakoś mnie nie obszedł, podobnie jak Gallileous, ale ten podobno zagrał bardzo dobrze. Mówi się trudno, żyje się dalej. Mając w perspektywie Ampacity jakoś nie czułem smutku. Byłem trochę podjarany i bardzo ciekawy, jak się zaprezentują na żywo.
Co najlepiej podsumuje występ Ampacity? Może fakt, że koncert trwał około 45 minut, a set składał się z trzech utworów. No dobra, to nic nie mówi, ale na papierze wygląda zabawnie. Teraz poważnie. Muzyka Ampacity znakomicie sprawdza się w takiej miejscówce, jak Hydrozagadka, czyli w małym, „piwnicznym” klubie. Nawet nie zauważyłem, kiedy minęło to 45 minut, tak mocno wczułem się w atmosferę i kosmiczny klimat muzyki trójmiejskiego kolektywu. Bez wahania polecam wszystkim, którzy zakochali się w „Encounter One”. Co do setu – było oczywiście „Ultima Hombre”, było i „Masters of Earth” w chyba nieco skróconej wersji oraz nowy utwór.
Belzebonga z rozmysłem przegapiłem (wygrało uspołecznianie się z towarzystwem z Polski dalekiej), Blues Pills za to przegapić nie mogłem. I dobrze, bo plułbym sobie w brodę. Było dokładnie tak, jak się spodziewałem – wesoło, rokenrolowo i z odpowiednim retro klimatem. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to taka sobie prezencja instrumentalistów. Lubię, kiedy ze wszystkich członków zespołu promieniuje choć cień radości z występowania; tutaj całą energię przejęła wokalistka Elin, dla reszty chyba nic nie zostało. Niemniej, samą Elin oglądało się z przyjemnością i równie dobrze się słuchało. Wszystkie hity z EP-ki „Bliss” były, a co za tym idzie, nie zabrakło chóralnego odśpiewania przez publikę „Devil Man” – to był chyba najmocniejszy punkt tego koncertu.
Punkt kulminacyjny wieczoru stanowił występ japońskich killerów z Church of Misery. Miałem już okazję oglądać ich na żywo (żeby było zabawniej, było to prawie równo trzy lata wcześniej – bez jednego dnia) i był to znakomity występ, więc oczekiwania miałem wysokie. Tym razem nie było aż tak dobrze, a to z dwóch względów. Po pierwsze: ostatni album Japończyków, „Thy Kingdom Scum”, jest taki sobie, ale ponieważ jest ich najświeższym albumem, grają go najwięcej. Trochę więc dłużył mi się czas oczekiwania na utwory, które znam i kocham. Drugi zarzut: znowu skopane nagłośnienie. O ile Suma, jak tak sobie pomyślę, mogła celowo chcieć dokręcić gałki głośności na maksa, to już Japończykom raczej na ścianie dźwięku nie zależało. Patrząc jednak obiektywnie, zagrali z werwą i radością, więc nic się przez te trzy lata nie zmieniło. Jeśli będziecie mieli okazję pójść na koncert Church of Misery, idźcie koniecznie.

Króciutko podsumowując, impreza jak najbardziej udana i mam nadzieję, że i w przyszłym roku uda się ją zorganizować (choć może w klubie z lepszym nagłośnieniem).

Pan Wąs

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Relacje i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s