Płyta tygodnia #9

Dziś riposta do zeszłotygodniowego wpisu, depresyjne country i wściekły death metal. A powyżej Putin na niedźwiedziu, bo chociaż Eugen Edwards może sobie pisać w tytułach utworów, że to jego Rosja, to jednak wszyscy wiemy, jak jest naprawdę.

Crippled Black Phoenix – White Light Generator (2014)

white lightWiem, że było tydzień temu, ale…
Nie do końca zgadzam się z tym, co napisał Masta, aczkolwiek w pewnych kwestiach muszę mu przyznać rację. Po pierwsze – Crippled Black Phoenix to nie jest zespół post-rockowy i właściwie od początku nie do końca pojmowałem go w tych kategoriach. Co słusznie Masta zauważył, z płyty na płyty zespół coraz mocniej kieruje się w stronę grania stricte progresywnego i naznaczonego echami Pink Floyd, choć akurat w tym przypadku odnoszę wrażenie, że floydowska atmosfera jest mniej odczuwalna niż chociażby na „(Mankind) The Crafty Ape”. Załoga Justina Greavesa uciekła od swoistego cytowania twórców „Dark Side Of The Moon”, choć nie da się ukryć, że nadal jest to najbardziej słyszalna inspiracja. Zgodzę się również z tym, że nie jest to płyta jakoś bardzo porywająca, zwłaszcza, jeśli porównamy ją z „I, Vigilante” albo „(Mankind) The Crafty Ape” (czepiam się tego krążka, bo chyba najbardziej go cenię z dyskografii CBP). No ale Widzew-Zagłębie? Chłopie… Dzieje się na tym krążku sporo, muzycy sprawnie lawirują między zmianami nastroju, udanie posługują się aranżacyjnymi smaczkami, z niezłym skutkiem żonglują stylami. Problem tego albumu jest taki, że jest to już trzecia czy czwarta z kolei płyta, która opiera się na mniej więcej tych samych patentach. Nie czuję specjalnego powiewu świeżości. Sytuacja przedstawia się mniej więcej tak, że owszem, pewnie będę sięgał po kolejne wydawnictwa Crippled Black Phoenix, ale na każde będę czekać już z coraz mniejszym przejęciem, a z czasem pewnie i z oczekiwaniami. To nadal niezła i interesująca płyta, tylko… Tylko po prostu ten zespół stać na więcej. No, przynajmniej było stać.

Emef

Woven Hand – Blush Music (2003)

blushDziwne. Za oknem słoneczko, ledwie parę chmurek, pogoda idealna na plener czy do czynnego spędzenia, np. kopiąc gałę (no chyba, że nazywasz się Piotr Ćwielong i godzina 17 w niedzielę, to nie jest dla Ciebie najlepsza pora do grania w piłkę), a mi podchodzą takie jesienne deprechy. „Blush Music” to jeszcze mroczna wariacja na temat wydanej rok wcześniej płyty zespołu Woven Hand pt. „Woven Hand„, jakby tej czerni na pierwszym albumie było za mało. Okazało się jednak, że muzyka country, amerykański folk może tego mroku pochłonąć ilości o wiele większe niż te wszystkie depressive suicidal black metole raze wzięte. Wystarczy posłuchać niemal ambientowego, kilkuminutowego intro do „Animalitos (Ain’t No Sunshine)„, żeby zrozumieć. I tak, ten utwór to cover, jeden z najbardziej zaskakujących jaki dane mi było słyszeć. Żeby nie było, że to muzyka tak bardzo smętna, to dla niepoznaki wrzucono kilka żywszych momentów („White Bird„), niemal post-punkowych. Ale to tylko podły kamuflaż, bo po wszystkim rany zostają jeszcze większe. Jednak takie nawet pozorne chwile rozluźnienia atmosfery następują rzadko i dalej są zastępowane przez dziwne skrzypienia, stęki, krakania. Jedni mówią, że tych ambientów, szumów, pierdów jest za dużo, ja w nich jednak upatruję siły albumu, głównego czynnika budującego atmosferę. Faktem jest, że żyje się dla takich momentów jak melodia przewodnia „My Russia (Standing on Hands)„, jednak trzeba słuchacza jakoś doń zaprosić, wprowadzić, a nie wyłożyć się na progu niszcząc całe napięcie. A tak mamy płytę piękną w swych rozwleczonych kompozycjach, płytę dla cierpliwych masochistów. Bo chyba trzeba być po trosze masochistą, żeby czerpać przyjemność ze słuchania tego albumu.
P.S. Pod koniec kwietnia premiera nowego albumu Woven Hand. Mam nadzieję na coś lepszego niż ostatnie „The Laughing Stalk„.

Masta

Bloodbath – Nightmares Made Flesh (2004)

Na pewno znacie Bloodbath. No dobra, inaczej. Jeżeli choć trochę lubicie Opeth, na pewno kojarzycie Bloodbath. Tak, to jest ten zespół, w którym Mikael Åkerfeldt growlował do akompaniamentu „zwykłego” death metalu. Jako że kiedyś fanem Opeth byłem, to i po Bloodbath sięgnąłem, tyle że w kolejności od tak zwanej dupy strony. Na pierwszy ogień wrzuciłem „Nightmares Made Flesh”, gdzie Mikael akurat wokalnie nie udzielał się – zamiast niego gardłowym był wtedy Peter Tägtgren. Posłuchałem i pomyślałem: „mocna rzecz, z Åkerfeldtem musi to być jeszcze mocniejsze!”, sięgnąłem więc po resztę płyt… I okazało się, że jednak nie jest to aż tak fajne. Czemu? Nie wiem, może akurat pozostałe albumy brzmią trochę zbyt „zwyczajnie” w porównaniu do „Nightmares…”, które jest tak bardzo szwedzkie, że aż miło, porywa swą, nazwijmy to po imieniu, przebojowością, no, po prostu jest świetne. Okej, są tam fillery i ogólnie rzecz biorąc w death metalu mamy milion lepszych płyt, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie macha banią przy „Brave New Hell”, nie tupie wściekle nogą przy „Year of the Cadaver Race” albo po prostu nie zdziera gardła przy fantastycznym, walcowatym „Eaten”. (Ani słowa o „Outnumbering the Day” i jego boskim riffie na początku? Grzech! – dop. Masta) To jest czysta radość z grania i ze słuchania. Szwedzki deszcz metal po prostu rządzi!

Pan Wąs

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Płyta tygodnia i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Płyta tygodnia #9

  1. Bo przecież Tägtgren jest sto razy ciekawszy i przede wszystkim lepszy od nudziarza z Opeta.

    PS gdzie pozdrowienia dla mnie za zeszłotygodniowy obrazek? 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s