Płyta tygodnia #5

_DSC9926

W dzisiejszym odcinku rozpoczynamy od bluesa (i to z Czikago, a nie z Nowego Orleanu), by stopniowo dodawać coraz więcej Szatana i skończyć wreszcie na black metalu.

Buddy Guy – Sweet Tea (2001)

613QNX4eGQL._SY300_Lubię sytuacje, gdy starszy pan pokazuje kotom, gdzie jest ich miejsce. Gdy będąc grubo po sześćdziesiątce, emanuje energią większą niż trzy razy młodsi goście. Tak dzieciaków na początku XXI wieku zawstydził Buddy Guy albumem „Sweet Tea”. Muszę się przyznać, że jest to moje pierwsze spotkanie z muzyką tej legendy chicagowskiej sceny bluesa. Ostatnio w ogóle faza na takie granie jakoś mi przeszła, już nie katuję albumów Seasick Steve’a, ale jednak „Baby Please Don’t Leave Me” tak na mnie podziałało, że albumu musiałem spróbować. Utwór zaskakuje przede wszystkim tłustym, brudnym brzmieniem, kojarzącym się bardziej z bagnami Nowego Orleanu niż krainą wielkich jezior. Do tego jak to zwykle w przypadku takiej muzyki, z albumu bije niesłychana szczerość, autentyczność. Kolejna genialna płyta z rocznika 2001, który chyba dla mnie staje się jedną z najważniejszych dat w historii muzyki (że wymienię chociażby „Jane Doe”, „A Sun That Never Sets”, „Blackwater Park”, „Lateralus”, „Leaves Turn Inside You” – albumy dla mnie niezwykle istotne).

Masta

Colour Haze – She Said (2012)

indeksColour Haze to zdecydowanie ścisła czołówka szeroko pojętego stonerowego grania. Bardzo zdolne trio, które od szesnastu lat podąża konsekwentnie wytyczoną przez siebie ścieżką i cały czas potrafi trzymać słuchaczy przy sobie. To dość niezwykłe – grać tyle lat i nie nagrać w zasadzie słabej płyty (mówię tu oczywiście o okresie po wydaniu „Seven”, bo to wtedy powstało „właściwe” Colour Haze). Człowiek myśli sobie: „co oni jeszcze mogą nagrać, czego już nie słyszeliśmy?”. Sytuacja robi się jeszcze bardziej niebezpieczna, gdy zespół każe na siebie długo czekać, a Niemcy z Colour Haze kazali czekać na siebie całe cztery lata – najdłużej w ciągu swojej kariery. I nie zawiedli. „She Said” to album znakomity. Pod wieloma względami przypomina kapitalny „Los Sounds de Krauts”, ma trochę taki progresywny wydźwięk. Wystarczy wspomnieć o dwóch kolosach, czyli utworze tytułowym oraz „Transformation” – są to niesamowite, pieczołowicie ułożone kompozycje, które na myśl przywodzą progrockowe suity (a z drugiej trochę post-rock, przynajmniej ja mam takie uczucie, ale na post-rocku słabo się wyznaję), tyle że bardziej psychodeliczne. I choćby dla tych dwóch utworów warto zapoznać się z ostatnim dziełem Colour Haze. Co nie znaczy oczywiście, że reszta utworów na uwagę nie zasługuje. Jest tu i krótki, nietypowy przerywnik, którym zespół czasami lubi słuchaczy uraczyć – „This”; jest i utwór dynamiczny – „Slowdown”. I oczywiście są te typowe dla Colour Haze rozjammowane „odjazdy”. Każdy miłośnik niemieckich mistrzów psychodelii na pewno znajdzie tu coś dla siebie.

Pan Wąs

Morowe – S (2014)

1389784588Debiut Morowe narobił sporo zamieszania, skądinąd słusznie, ale trzeba to powiedzieć prosto w oczy – „S” to zdecydowanie lepsze wydawnictwo. To, co stanowiło najmocniejszy punkt „Piekło, labirynty, diabły” – czyli takie swoiste szatańskie voodoo – teraz robi jeszcze większe wrażenie. Obłąkany klimat został bardzo wyraźnie podkreślony i uwypuklony, tak, by jak najmocniej zahipnotyzować słuchacza. W porównaniu do poprzedniczki jest to też płyta bardziej przemyślana, mniej chaotyczna i, co za tym idzie, też nieco łatwiejsza w odbiorze i bardziej „przebojowa”. Właśnie takich chwytliwych momentów jest mnóstwo – bardzo ciężkie „Ważne”, kapitalne „Muchy” nakręcone świetnym riffem czy „Nocna strawa”, która frapuje głównie tekstem („Nie zabijaj lwa w makaronie” – zgaduj-zgadula co podmiot liryczny miał na myśli). Pozostałe utwory również trzymają wysoki poziom, a uzupełnieniem są swego rodzaju miniatury „W”, „Z1” i „Z2”. Na dobrą sprawę każdy, nawet najmniejszy klocek w tej układance żre tak, jak powinien. Być może dlatego katuję ten album już od pewnego czasu. Na żywo materiał również sprawdza się znakomicie (KLIK!), zatem już teraz możemy chyba mówić o jednej z lepszych polskich płyt na metalowej scenie w tym roku. Aczkolwiek, konkurencja jest naprawdę bardzo, bardzo silna…

Polska scena stoi mocno. „S” najlepszym tego przykładem.

Emef

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Płyta tygodnia i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Płyta tygodnia #5

  1. m pisze:

    Świetny wpis, zwłaszcza ostatnia recenzja, pozdrawiam!

  2. Taki tam pisze:

    „Nie zabijaj lwa w makaronie” – jak już się ma problemy ze słuchem, to wypada chociaż do książeczki zajrzeć 😀

  3. Jaromir pisze:

    Buddy Guy emanował, bo nie walił konia od 14 roku życia, jak rurkowcy.

  4. Pingback: Płyta tygodnia #19 | geometryofsound

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s