Płyta tygodnia #3

tumblr_m751vo7Oyj1rb4rqao1_1280

Kolejny tydzień, kolejne płyty były katowane na naszych odtwarzaczach. W dzisiejszym odcinku zabierzemy Was w podróż po Australii, z Dallas wystrzelimy w kosmos, by wylądować w Szkocji i stamtąd przepłynąć na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych.

Austere – To Lay Like Old Ashes (2009)

austereWydawałoby się, że Australia nie jest najlepszym miejscem na granie black metalu, a przynajmniej nijak mającym się do Norwegii, nieodłącznie kojarzonej z tym rodzajem muzyki. Gorący klimat nie przeszkodził jednak panom Desolate i Sorrow (swoją drogą, dość banalne pseudonimy) do pogrania trochę pod szyldem Austere. Tak naprawdę jest to jeden z wielu – żeby nie powiedzieć bardzo wielu – projektów, w których wymieniona dwójka delikwentów się udziela lub udzielała. Zwłaszcza w przypadku pana Sorrow lista jest doprawdy imponująca… Pod szyldem Austere wydano dwa pełne albumy: „Withering Illusions And Desolation” oraz “To Lay Like Old Ashes” (nad którą to płytą skupimy się w dzisiejszym odcinku); oprócz tego były też dwa splity i jedna epka.

„To Lay Like Old Ashes” to materiał daleki od doskonałości. Na kilometr czuć pewną chałupniczość, rażą w uszy zdarzające się niedociągnięcia – zarówno kompozycyjne, jak i aranżacyjne. Słychać, że momentami muzycy poszli na skróty. Z drugiej strony, wszystko to powoduje, że ta muzyka staje się bardziej pierwotna i jakby bardziej szczera. Nie bronię w tym miejscu bylejactwa, ale chciałbym zaznaczyć, że nikt się tutaj nad niczym nie spuszczał i nikt niczego na siłę nie dopieszczał. Ostatnia płyta w dorobku Austere to szczery i bardzo emocjonalny materiał. Podobać może się otwierający „To Fade With The Dusk”, gdzie wokale są skrzyżowaniem wycia wilka ze skowytem zarzynanej świni (taka ciekawostka: dopóki nie zajrzałem na Metal Archives, podejrzewałem, że ten utwór w ogóle nie ma żadnych sensownych liryk, a zamiast wokali, występują raczej wokalizy; okazuje się jednak, że tekst jest i, co więcej, składa się z kilku zwrotek), aczkolwiek w tym przypadku największe wrażenie robi końcówka utworu. Nieźle wypada „Just For A Moment…”, w którym dominują przede wszystkim czyste wokale, choć muszę przyznać, że ten utwór ma zdecydowanie zmarnowany potencjał. Bezsprzecznym punktem kulminacyjnym jest natomiast „This Dreadful Emptiness” – chyba jedyna kompozycja, która od początku do końca jest zrobiona tak, jak należy. Ktoś wreszcie porządnie przemyślał konstrukcję utworu, umiejętnie rozwijając poszczególne motywy, a przede wszystkim kapitalnie zaaranżowano partie wokalne – prawdziwe mistrzostwo opętania, obłędu i rozpaczy.

W pewnym sensie „To Lay Like Old Ashes” jest albumem jednego utworu, choć byłoby krzywdzące, gdybym stanowczo stwierdził, że jedynie „This Dreadful Emptiness” jest wart uwagi. To krążek dla tych, którzy ponad pedantyczne dopieszczanie każdej nutki stawiają bezpośredni przekaz i siłę emocji. Poniekąd też dla odważnych, bo zmierzenie się z mrokiem, bólem i rozpaczą „To Lay Like Old Ashes” nie jest wcale łatwe. Niemniej chyba warto – jest w tej ekstremalnej formule zamknięte swoiste piękno.

Emef

Wo Fat – Psychodelonaut (2009)

wo fatKiedy wydaje się, że wszystko zostało już nagrane i znikąd nadziei, pojawiają się ONI. Oni, czyli te zespoły, które udowadniają, że nawet kiedy gra się to, co inni nagrali już dawno temu, można zabrzmieć świeżo i ciekawie. Szczególny szacunek zaś należy się zespołom grającym w ramach szufladki, która sama w sobie jest bardzo wtórna. W zaszczytnym tym gronie niewątpliwie zasiada teksański Wo Fat. Czy też może zasiadał? Dwie ostatnie płyty nie są, na mój gust, zbyt dobre; uwagę należy zwrócić na ich drugi w karierze album „Psychedelonaut”. Dlaczego? Bo jest po prostu znakomity. Bije z niego coś w rodzaju pewności siebie, pewna szczerość. Chłopaki po prostu grają to, co kochają, a przy okazji słychać, że odpowiednią ilość czasu spędzili jammując, co w tej muzyce jest niesłychanie ważne. Taki na przykład zamykający „The Spheres Beyond” jest tego doskonałym przykładem. Nie muszę chyba wspominać o znakomitych riffach, świetnym brzmieniu i ogółem odjechanej gitarowej robocie? Tam gdzie trzeba, jest rock’n’roll, gdzie indziej więcej brudu i psychodelii. Wszystko na swoim miejscu, zagrane z brawurą i wykopem. Czysta radość z grania i ze słuchania. Polecam zwłaszcza na gorące letnie dni, gdy zimne piwo chłodzi dłoń.

Pan Wąs

Young Fathers – Tape Two (2013)

young fathersPrzystanek pierwszy: Edynburg. Szkocja raczej nigdy nie kojarzyła mi się ze sceną eksperymentalnego hip-hopu (w ogóle poza Mogwai i Boards of Canada mam mało muzycznych skojarzeń dotyczących tego kraju [Jak to?!?!?! A Franz Ferdinand? LOL! – przyp. Emef]). Aż tu nagle natknąłem się na projekt o nazwie Young Fathers i ich „Tape Two”. Łączenie różnych wpływów z całego świata. Dużo inspiracji rdzenną muzyką afrykańską wyczuwam (co wynika z pochodzenia 2/3 członków zespołu), ale na szczęście podane są one w iście nowoczesny sposób, podlane noisowymi beatami, glitchami, tłustymi basami, zaaranżowane raz minimalistycznie, raz przesycone dźwiękiem. Do tego ździebko soulu, r&b, a nawet reggae, wszystko okraszone naprawdę świetnymi wokalami, których linie melodyczne na długo zapadają w pamięć. Wystarczy posłuchać „I Heard”, które katuję obrzydliwie, przez co w głowie cały czas mam zapętlone liryki „Inside I’m feeling dirty, Inside I’m feeling dirty, Inside I’m feeling dirty, it’s only ‘couse I’m hurting”. Największa wada tego albumu, to jego krótkość – ledwie 23 minuty muzyki, to niedużo nawet jak na EPkę, ale nie kłóćmy się o nazewnictwo czym jest „Tape Two”. Ale już zdążyli wydać kolejny krążek, więc częstotliwość mają niezłą. Podsumowując: jest zacięcie awangardowe i eksperymentalne, są chwytliwe refreny, co daje potencjał na hity list przebojów, jest duża płodność muzyków – polecam bardzo.

Masta

Have a Nice Life – Deathconsciousness (2008)

have a nice lifePrzystanek drugi: Middletown w stanie Connecticut. Nie sądziłem chyba nigdy, że takie granie mną takim stopniu zawładnie. „Deathconsciousness” znam już trochę czasu, jednak wcześniej słuchanie tego albumu nie wzbudzało we mnie żadnych większych emocji. Emef dwa tygodnie temu pisał o ich tegorocznej płycie i w sumie jej zawdzięczam przypomnienie sobie o tym projekcie. Jednak wracając do poprzedniczki: pokochałem od początku do końca. To lo-fi brzmienie, te shoegazowe szumy i post-punkowy basior od czasu do czasu („Bloodhail”). Te post-rockowe kompozycje i wybuchy na koniec („Waiting for Black Metal Records to Come in the Mail”), genialne tytuły („Holy Fucking Shit: 40,000”) i emocje, emocje, emocje od początku do końca. W porównaniu do wyżej omawianego jest to album ogromny: blisko półtoragodzinny. I miejsce w historii też już ma, hipstery się jarają nadal, ja właściwie po tych sześciu latach od premiery też zacząłem.

Znowu Masta, bo nie mógł się zdecydować na jeden album

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Płyta tygodnia i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s