Dokształt 2013 #3 – Soulfly – Savages (2013)

soulfly

O Soulfly: spodziewam się, że album nie będzie zawodem dla nikogo, bo wszyscy dawno przestali wierzyć w „stary Soulfly”. Spodziewam się, że będzie nudny. Że będzie na siłę zbrutalizowany. Że ktoś wystąpi na featuringu. Że jeden kawałek będzie miał zabawny tytuł. Że znowu, tak jak na poprzedniej płycie, nie będzie ostatniego ogniwa łączącego „stary” Soulfly z „nowym” – czyli instrumentalnego utworu na końcu.
Pan Wąs

Tyle o nowym Soulfly Pan Wąs. Bez słuchania, bez patrzenia w tracklistę. Czyste strzały, przypuszczenia. Sprawdźmy czy Wąsu ma zdolności medium.

Lećmy od końca: instrumentala „Soulfly [liczba]” nie ma (jest jako bonus w rozszerzonych wydaniach). Kawałek z zabawnym tytułem? „Ayatollah of Rock ‘n’ Rolla” chyba wygrywa w tym plebiscycie. Featuringi? Jest Mitch Harris z Napalm Death, jest Neil Fallon z Clutch, jest jeszcze jakiś inny mosiek, jest syn Iggora. I syn Maxa też jest, ale nie gościnnie tylko na full etat jako perkusista. Max zawsze był rodzinnym człowiekiem, jednak Zyonowi daleko do słynnego wujka.

Co do brutalizowania na siłę. No tu już trochę się Wąs pomylił. Album nie pędzi na złamanie karku, Cavalera przed premierą nie obiecał, że znowu Slayer i kurwa śmierć. Raczej zaserwował nam powrót do czasów „Dark Ages” i „Conquer”, a niektórzy doszukują się (chyba nieco na wyrost) odwołań do „Chaos A.D.”. Tak samo jak niektórzy zachwycają się połączeniem thrashu z groovem oraz elementami death metalu przeplatanymi doomowymi riffami. Łoooooooooł, tak niespotykane. No ja jebe, dzisiaj nawet łączenie mongolskiej muzyki ludowej z dubstepem zagranym na sytych przestrach rodem z Palm Desert ciężko nazwać niezwykłym, a co dopiero mix najpowszechniejszych podgatunków metalu.

Ale już dajmy spokój „ekspertom” (do których sam się zaliczam, loul), wróćmy do meritum. Pamiętam recenzje poprzednich albumów Soulfly, które wspólnie z Wąsem tworzyliśmy. Głównym minusem tamtych tworów było stopniowe odchodzenie od charakteryzujących (żeby nie użyć słowa „definiujących”) zespół tribali na rzecz napierdolu. Na „Savages” nastąpiło małe odwrócenie tendencji i utwory mają więcej przestrzeni („Master of Savagery”), są bardziej złożone kompozycyjnie. To już nie są przysłowiowe „dwa akordy, darcie mordy”, ale jest tu trochę finezji. Soulfly’owej finezji, takiej tyci finezji, pseudo finezji, takiej do której reszta rodziny się nie przyznaje i nie zaprasza na wesela. Ani na pogrzeby.

I może dlatego jeszcze parę lat temu jarałbym się strasznie tym albumem. Że wrócił ten groove, te udziwniacze, i łał solówki i riffy Rizzo (jedni powiedzą, że wypracował swój styl, ja powiem, że od kilku płyt gra to samo). Ale ziewam, bo mam te kilka lat więcej i te rzeczy już słyszałem. I to na albumach tego samego zespołu. I pewnie gdybym miał te kilka lat mniej, to miałbym to w dupie, że się powtarzają i stają kalką samych siebie, ale teraz czas zajmuje mi inna muzyka i coś takiego po prostu mogę wyłączyć. Dziękuję.

Masta

savages


  1. Bloodshed [6:55]
  2. Cannibal Holocaust [3:30]
  3. Fallen [5:56]
  4. Ayatollah of Rock ‘N’ Rolla [7:29]
  5. Master of Savagery [5:10]
  6. Spiral [5:34]
  7. This Is Violence [4:23]
  8. K.C.S.[5:16]
  9. El Comegente [8:18]
  10. Soulfliktion [5:43]

Całość: 58:14


Skład: Max Cavalera – wokal, gitara; Marc Rizzo – gitara; Tony Campos – bas; Zyon Cavalera – perkusja


Data wydania: 30 września 2013

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s