Podsumowanie roku 2013 – Masta

Och, jak ten czas zapierdala. Niczym Dalibor Stevanović spod jednego pola karnego pod drugie. Ach, jak nieubłaganie przelewa się przez palce. Ech, jak ucieka, nie dając dotknąć wszystkiego, zrobić wszystkiego, zobaczyć wszystkiego i usłyszeć wszystkiego. A było w tym 2013 roku co usłyszeć. Śmiem stwierdzić nawet, że dawno tak udanego roku w muzyce nie było. Nie chcąc być gołosłownym poniżej kilkanaście płyt a.d. 2013, na które warto zwrócić uwagę.

Sprawa narodowa

Na początek kilka słów o sytuacji w Polsce. Jaka jest nasza piłkarska ekstraklasa każdy widzi. Dobrze, że w muzyce za to pojawiają się twory, którymi na świecie możemy się chwalić bez zażenowania i dodawania adnotacji typu „dobre, jak na polskie warunki”. Poniższe płyty są dobre same w sobie, bez dzielenia na nasze i nie-nasze. To że ich twórcy jeżdżą PKP i kupują w biedrze, ma znaczenie tylko przez ułamek sekundy, bo pochodzenie wykonawcy nie jest raczej wyznacznikiem tego czy do danego tworu się wraca czy też nie.

alamedaPierwszy zwycięzca: Kuba Ziołek. Nominowany przez pewien portal internetowy do tytułu „Artysta roku 2013”. Już samo znalezienie się obok takich tuzów jak Kamil Bednarek czy Dawid Kwiatkowski powinno być dla niego nagrodą samą w sobie, a co dopiero uciułanie tego pół procenta głosów. Hohoho, pośmialiśmy się, a Ziołek wydał w tym roku dwie naprawdę wyśmienite płyty (Hokei jara mnie najmniej, dlatego nie liczę). Na początek parę słów o Alameda Trio i ich „Późnym Królestwie”. Takie albumy zwykle nagrywają zespoły z co najmniej dwudziestoletnim stażem – bandy, które znalazły odpowiedź, ukształtowały styl, usadowiły się wygodnie na scenie i nie muszą niczego już udowadniać. Ziołek z kumplami wystrzelili już za pierwszym razem niczym Grzelczak z Barceloną i pozostaje mieć nadzieję, że takie woleje będą jeszcze w stanie wiele razy nam zaprezentować.rzeka O Starej Rzece i „Cieniu chmury nad ukrytym polem” rozpisywano się już wszędzie i na każdy temat. Ja nadal szukam klucza do całkowitego poznania, odkrycia tej płyty. Mimo odsłuchania jej już kilkanaście razy nadal jej do końca nie pojmuję. I może tutaj ukryta jest jej siła? Na pewno jest to powód, dla którego do niej wracam. Kryształowa Kula za okładkę roku.

ampaPolska psychodela to jednak nie tylko Ziołek i jego twory. Trójmiasto również wystawiło swoją reprezentację, która potrafi punktować nie tylko w meczach z San Marino. Ampacity udowodniło, że nawet na sopockim molo można odnaleźć ducha Hawkwind, czego wyraz dali na swoim debiutanckim albumie pt. „Encounter One”. Luz, radość z grania, chemia pomiędzy instrumentami, kosmiczne odjazdy i poddanie się dźwiękowi – wszystkie składowe dobrej improwizacji się tu bez problemu odnajdzie. Do tego odwołania do klasyków jak choćby wspomniany Hawkwind, ale też Doorsi czy Floydzi, a nawet jakieś „kyussowe” riffy się znajdzie. Tak tworzy zespół świadomy. Widać jod zawarty we wdychanym powietrzu daje +5 do space rocka, o czym świadczy równie dobry album gdyńskiego 1926 (aczkolwiek to już rocznik 2012, więc nic więcej tutaj o nim nie napiszę oprócz tego, że warto).

blindeadA jak już jesteśmy w Trójmieście, to nie można zapomnieć o Blindead, o którym już na blogu się rozpisywałem (KLIK!). Podtrzymuję swoją opinię na temat „Absence”, rozumiem też zdania odmienne. Ten album jak wszystko inne na świecie może się podobać albo też nie. Mnie się podoba. Jak Tobie się nie podoba, to się chuja znasz na muzyce, o!

sphinxMniej mi się podoba za to nowe Obscure Sphinx. Pod względem wokalnym mega płyta. Już nawet pomijając skalę głosu Wielebnej, wszelkie specyfikacje techniczne i skille, na których się nie znam, to przede wszystkim jej melodie zasługują na uwagę. Każde użycie głosu jest uzasadnione i wykorzystane w należyty sposób. Nie odbywa się to na zasadzie: „a weź zarycz/zaśpiewaj, byle fajnie”. Instrumentarium poziomem wokalowi na szczęście też nie ustępuje i mamy post-metal wysokiej próby. „Void Mother” udowadnia, że u nas ta szufladka ma się jeszcze jako tako, na świecie teraz to tylko pojedyncze wyskoki, niczym Piast Gliwice na wiosnę, ale do tematu jeszcze pewnie wrócę.

entropiaW naszej podróży po Polsce z Warszawy udajemy się w okolice Wrocławia a dokładnie do Oleśnicy. Tam Entropia pokazuje, jak brzmi nowoczesny black metal. Przy każdym odsłuchu ich debiutanckiego albumu żałuję, że nie wybrałem się jednak na pierwszy dzień Asymmetry. To co najbardziej spodobało mi się w „Vesper”, to wyważenie poszczególnych elementów, ich kompozycja i stopniowanie napięcia (patrz „Gauss”). Niby nic, niby w gatunku standard, ale słucha się bardzo przyjemnie. Ostatnio takie granie zyskuje na popularności (patrz sukcesy Deafheaven), więc i może dla naszych znajdzie się trochę miejsca na zachodzie? Parę słów od Garouła na temat płytki: KLIK!

wieżeNie, nie powstrzymam się! Wysiądę w czwartek na Kaliskim i sam będę miał sobie za złe, że nie wspomniałem. Na koniec więc tej całej podróży po naszym pięknym kraju zawitamy do Łodzi, żeby przyznać nagrodę w kategorii utwór roku zespołowi Wieże Fabryk za ich „Front”. Emef już wypowiadał się na temat całej płyty „Cel i światło” ( KLIK!) i w sumie dużo więcej do dodania na ten temat nie mam. Kit, że wtórne, że to samo co na „Dymie”, że kawałki do siebie podobne. To nie o to chodzi w tej muzyce. Jest odpowiednia sekcja rytmiczna, więc jest dobry groove. Jest dobry groove, to i przyjemniej się spaceruje. Przyjemnie się spaceruje, to może po Włókienniczej by się przejść? Albo Gdańskiej? Polecam.

Świat

dealerOpuszczamy nasz piękny grajdołek i obieramy najbardziej standardowy kierunek, jaki może obrać polski emigrant. Wykuriwamy do Londynu. Ale nie na zmywak, na początek muszę się zająć najtwardszym orzechem do zgryzienia, jeśli chodzi o tegoroczne albumy, a ściślej mówiąc o nową epkę Rowl… znaczy Buriala – „Rival Dealer”. Nosz kutwa mać! Jeszcze chyba nigdy nie spotkałem się z albumem, o którym nie wiedziałem czy mi się podoba, czy też nie. I to nie chodzi o to, że są momenty wybitne (sam początek tytułowego utworu – atmosferyczny drum&bass na tłustym, dubowym basie albo pierwsza część „Come Down to Us” – muzyczna definicja piękna, spokoju, błogości i miłości) i są te paskudne (Disneyland w końcówce „Come Down to Us”, niemal całe, eurodancowe „Hiders”). Inne fragmenty raz mi się podobają, raz sprawiają, że chcę przełączyć na „Kindred”.

soapPozostając w tematyce mini-albumów: Soap&Skin. Zakochałem się w debiutanckim „Lovetune for Vacuum”, po czym moja miłość została wystawiona na próbę i odbiłem się od „Narrow”. „Sugarbread” zaskakuje już od początku: tytułowy utwór to potężny, gotycki hymn, przepełniony dźwiękiem, ciężki i odpychający. Coś jakby Coil? Dalej cover zmarłego w 2011 roku Gilla Scotta-Herona. Cover zrobiony tak jak winno się robić rovery: inaczej. Aranżacja na smyczki, odejście od konwencji bluesa przyszłości, a przecież mogłaby wystarczyć różnice głosów młodej Austriaczki i czarnoskórego bluesmana żywcem przeniesionego z lat 50-tych. Oklaski na stojąco w tym momencie, bo wieńczący epkę „Pray” już zasługuje na nie mniej.

venusBierzmy się teraz za rzeczy większe. Kolejność nieistotna, raczej alfabetyczna, więc na początek Bardo Pond. Po nieco czystszej w brzmieniu płycie „Yntra” mamy powrót do przesterowanych do granic gitar, gdzie już można się zastanawiać czy „noise” to nie za mało powiedziane. I znowu największą przyjemność daje wyławianie melodii z tych odmętów sprzężeń i szumów. A jest co wyławiać już od samego początku, gdzie w „Kali Yuga Blues” mamy do czynienia z zakamuflowanym w przesterach psychodelicznym chilluotem. A więc słuchajcie, szukajcie, delektujcie.

deafheavenZdążyłem już wcześniej wspomnieć o Deafheaven, pora zatem temat rozwinąć. „Sunbather” został dostrzeżony na całym świecie, zebrał gromkie pochwały, tematem zainteresowali się nawet ci, którzy z szeroko pojętym metalem nie mają na co dzień do czynienia. Na czym polega cały sukces tej płyty? Na zestawieniu post-rockowych melodii i pasaży z intensywnym, blackowym łojeniem. Niby nic nowego, pojawiało się wcześniej, jednak chyba nigdy na takim poziomie. Pomijam w tym momencie Wolves In the Throne Room, którego nie stawiałbym w jednym szerego z Deafheaven i podobnymi. Tutaj kontrastowe zestawienie tych dwóch gatunków nie zostało użyte jedynie w celu uwypuklenia mocniejszych partii, nadania muzyce dynamiki czy po prostu ubarwienia kompozycji. Tutaj da się odczuć istotność każdego fragmentu. Co jeszcze może wyróżniać ten album, to jego hmm… temperatura? Black metal od wieków kojarzył się raczej z mrozem północnych krańców Norwegii, ośnieżonymi szczytami gór, pewnym prymitywizmem. Na „Sunbather” dominują ciepłe barwy, bije od niego jakaś pozytywna energia, nadzieja, a nie śmierć i zniszczenie. Na ile jest to skutek konsekwentnego założenia przełamania tego stereotypu, a na ile „tak nam w duszy gra”, nie mam pojęcia, ale kogo to?

elliottDeafheaven to zespół na dorobku, który nie tyle słuchaczom, co sobie ma jeszcze wiele do udowodnienia. Nic nikomu nie musi za to udowadniać Matt Elliott. Nagrał kolejną swoją płytę, którą nie zaskakuje, bo i nie musi. Dostarczył porcję znanych już jego słuchaczom melodii i patentów. Może jednak oddalił się jeszcze od Bałkanów nieco bardziej na zachód i wyraźniejsze są wpływy latynoskie, w jego muzyce jest mniej wódki i śliwowicy, a więcej wina, ale to dalej ten sam Elliott. I jeśli jego życie jest jak jego muzyka, to dziwię się, że jeszcze z nim nie skończył i wątroba działa. Samo słuchanie „Only Myocardial Infarction Can Break Your Heart” boli i powoduje chęć napełnienia kieliszka, a co dopiero stworzenie takiego dzieła? No chyba, że każda kolejna płyta tego barda to swoista terapia, a widzisz!

gorgutsTeraz o powrotach słów kilka: powroty są trudne. Jeśli kilkanaście lat temu wydałeś genialny album, po czym zawiesiłeś działalność i po latach decydujesz się z kolegami na reunion, to nawet nie łudź się, że zadowolisz swoich starych fanów. No chyba, że grasz w zespole o nazwie Gorguts. Gdy w 1998 roku wydali album pt. „Obscura”, wydawało się, że nic lepszego już nie wymyślą. I może racja, bo „Colored Sands” lepszym albumem nie jest. Ale gorszym też nie! Panowie wrócili, rozjebali i pokazali młokosom miejsce w szeregu. Przy „Colored Sands” nowa płyta Ulcerate wypada po prostu słabo.

iceagePunkowy rozpierdol dostarczyli panowie z Iceage. Bez zbędnego pieprzenia wjechali z brudnymi gitarami, czasem wręcz prostackimi riffami i wokalistą, który sprawia wrażenie, że nawet mu się nie chce i dobra, kończma już i chodźma na jakieś piwo. Prosto, głośno, szybko, chwytliwie, miejscami z post-punkową ekspresją (ochrzczenie Eliasa Bendera Rønnenfelta nowym Ianem Curtisem to jednak gruba przesada). Ponoć jednak nie sięgnęli poziomu debiutu, którego nie znam, ale mnie wystarcza wcale zabawne „You’re Nothing”.

routineW paradę gościom z Iceage weszli w tym roku Holendrzy z This Routine Is Hell. Ci drudzy jednak mieli znacząc przewagę w postaci niejakiego Kurta Ballou w studio. I to słychać, bo Kurt jako producent zawsze potrafi odcisnąć swoje piętno na danym tworze. Tutaj rozpierdol jest jeszcze bardziej chaotyczny, ale też i przemyślany, bardziej rozbudowany nawet w kwestii pojedynczego riffu. Co nie oznacza znowuż braku szczerych intencji twórców: punk winien być nieokiełznaną burzą dźwięków i wkurwienia, a nie ugrzecznioną układanką charakterystycznych motywów. Muzycy z This Routine Is Hell na szczęście o tym nie zapomnieli.

moderat„Shit happens” – od takich słów zaczyna się drugi album Moderat. Kiedy w 2009 roku dwa projekty – Modeselektor i Apparat – połączyły swe siły, aby dać życie Moderatowi, miałem nadzieję, że to nie cała historia nie skończy się właśnie na zasadzie „shit happens” i jeszcze kiedyś przyjdzie mi usłyszeć jakieś ich nowe dzieło. Minęły cztery lata i w końcu jest. Nie zmienili się jednak aż tak bardzo, nadal prezentują melancholijną mieszankę idm’u i 2-stepu dorzucając do tego trochę „burialowskich” sampli i tłuste basy. Wydaje mi się jednak, że na „dwójce” więcej jest przestrzeni, przez co jest jeszcze bardziej nastrojowo. Dodatkowy plus za „Damage Done” – jeden z najlepszych utworów tego roku.

qotsaPrzed Wami ostatnia pozycja spoza podium. Płyta, wobec której nie miałem dużych nadziei, co było spowodowane ostatnimi „dokonaniami” Rudego. A jednak tym razem Homme’owi się udało. „…Like Clockwork” okazało się płytą skrojoną idealnie, przemyślaną w dwustu procentach, niemal zaprogramowaną na zapisanie się w historii muzyki rockowej, taką, która po latach ma być wymieniana obok dzieł największych. Sam będę do niej wracał pewnie wielokrotnie, jednak moim klasykiem się nie stanie.

Podium

auraZa to trzy poniższe już MOIMI klasykami są już teraz. Od tego momentu liczy się już kolejność. Na olimpiadzie też się liczą tylko miejsca medalowe, resztę wszyscy mają w dupie. Na początek Bölzer – duet niszczący ze Szwajcarii. Niby epki już miałem zostawić w spokoju, ale skoro ta nie chce mnie zostawić, to ja też nie odpuszczę. Zresztą, najlepszym albumem a.d. 2012 ogłosiłem „Kindred” Buriala, to teraz też mogę coś tak krótkiego upchnąć na podium. Prawie napisałem „małego”, ale ta epka bynajmniej nie jest mała! Każdy dźwięk jest ogromny i potężny, co tym bardziej zasługuje na uznanie, gdyż, jak już zdążyłem zaznaczyć, to duet. Jaki to rodzaj potęgi spytacie, a ja odpowiadam: najczarniejszy z możliwych. Szatańska mieszanka deathu, blacku, doomu, jakieś elementy sludge’u też można znaleźć. Do tego piwniczna produkcja i mamy coś jakby „Dopethrone” został nagrany przez Schuldinera. Oscar, Nike, Paszport Polsatu i Ballon d’Or za otwierający riff w „Entranced by the Wolfshook”.

houseMiejsce drugie, srebrny medal. Sam skład projektu powodował obawy, o czym pisałem już w recenzji. Okazało się, że takie indywidualności mogą jednak schować ego w kieszeń i poświęcić się MUZYCE. Nie przepychać na siłę swoich założeń, lecz stworzyć coś od podstaw, choć na silnych, starych fundamentach. Nazwa jeszcze nie padła, ale wszyscy już raczej wiedzą, że mowa o Corrections House. O płycie już szerzej się wypowiedziałem, o koncercie też. I jak w przypadku Moderatu, mam nadzieję, że to nie jest jednorazowe „shit happens”, że będzie więcej. A o samej płycie więcej tutaj: KLIK!

cultI miejsce pierwsze. Album w tym roku niedościgniony. Chyba jeden z pierwszych a.d. 2013 jaki dano mi było usłyszeć i od razu pretendował do tytułu najlepszego. Pod koniec roku Corrections House zasiało wątpliwości. Stwierdziłem, że o tytule zadecyduje porównanie koncertów. I chociaż występ Kelly’ego i spółki w piwnicy i ogólnie punkowych warunkach przyniósł ciekawsze doznania, to jednak tytuł Najlepszej Płyty Roku 2013 wędruje w liczne ręce muzyków Cult of Luna. W „Vertikal” zakochałem się od pierwszego odsłuchu, a nawet już wcześniej, bo po zaprezentowaniu w sieci „I: the Weapon”. Płyta przywróciła mi wiarę w tak zgrany już gatunek, jakim jest post-metal. Tym bardziej szkoda, że Szwedzi postanowili zawiesić działalność na czas nieokreślony. „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść” można rzec. W momencie kiedy Isis nie istnieje od paru lat, nowe Neurosis jara tylko psychofanow (w tym mnie), Cult of Luna niezaprzeczalnie królowała na tym poletku. Pisałem zresztą już o tym w recenzji „Vertikal”, do której odsyłam szukających uzasadnienia pierwszego miejsca (KLIK!).

A czego życzyłbym sobie w nowym roku? Niespodzianek. Nie ma wielu zapowiedzianych albumów zespołów, na które bym szczególnie czekał. Raczej są to płyty z kategorii „może będą” (Godflesh, Tool [hahaha], Electric Wizard ostatnio jakieś dziwne foty wrzucili na fejsa, więc może też?). Niech znowu tak miło zaskoczą mnie polscy twórcy, żebym znowu musiał „naszymi” zająć się osobno. Niech nadrobię zaległości, odkryję coś nowego, niech w końcu dojdzie do reaktywacji moich zespołów i skończy się odkładanie prób. Dużo dobrych koncertów sobie życzę oraz czasu i hajsu, żebym mógł w nich uczestniczyć. I żeby praca nad licencjatem poszła mi chociaż w połowie tak sprawnie, jak pisanie tego tekstu, o!

Masta

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii felietony i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.