Corrections House, Thaw – 21.12.2013, Pod Pałacykiem, Wrocław

corrections house

Jakie pieniądze jesteś w stanie wydać by zobaczyć cztery legendy ciężkiego grania, w tym swojego osobistego muzycznego boga? 35zł + bilet PKP do Wrocka (+ kilka piwek w rozliczeniu za nocleg)? Toż to prawie darmo! Jadę!

Tym razem jednak Wrocław nie przywitał mnie smalcem, szprotkami i koźlakami, ale przecież nie po to tam pojechałem. Był za to ryż z ryżem doprawiony rybą i warzywami. Tak przygotowani do boju ruszyliśmy razem z Sz. P. Redaktorem Emefem na poszukiwanie klubu Pod Pałacykiem. Sam klub idealnie pasował do muzyki, która grana była tego wieczoru. Ciemna piwnica, duszna, klaustrofobiczna atmosfera, niemal brak jakiegokolwiek wystroju. I niemal kompletny brak kontroli nad tym, kto wchodzi do środka. My jako uczciwi obywatele, chcący docenić muzyków, wydaliśmy te skromne pieniążki kupując… nie, nie bilet. Stempel na rękę, który nie był sprawdzany przy ponownym wejściu do klubu. Na dobrą sprawę można było po prostu wejść do środka omijając kolejkę, co byłoby jeszcze prostsze, gdyby wchodzić bez kurtki.

Ale mniejsza z tym, bo na scenę wkracza Thaw. Goście z Sosnowca ledwie z całym sprzętem pomieścili się na malutkiej scenie. Przyznać się muszę, że pomijając jakieś pojedyncze kawałki na jutjubie, była to moja pierwsza styczność z ich muzyką. Wrażenia? Brzmienie odpowiednio sążne, muzycy sprawiali wrażenie mocno oddanych swojej pracy. Sama muzyka porwała mnie już mniej. Przydałoby się więcej urozmaiceń, przestrzeni w tych kilku utworach, które zdążyli przedstawić, a grali ok. 40 minut, co wydaje mi się strasznie krótko, zważywszy na to, że tego dnia prezentowały się tylko dwa zespoły.

Szoł zakończyli masą sprzężeń, szumów i pisków, po czym szybko uprzątnęli sprzęt i zrobili miejsce dla legend. Muzycy Corrections House wcześniej kręcili się po klubie, można było spokojnie podejść, pogadać. Panowie szybko zainstalowali się na scenie i rozpoczęli swoje mistyczne przedstawienie. Epitet użyty nieprzypadkowo, a to głównie za sprawą scenicznej prezencji Mike’a Williamsa, który nawet dłubanie w nosie sprowadził do rangi sztuki. Williams przez cały czas trwania koncertu sprawiał wrażenie księdza odprawiającego kazanie. Wymachiwał jakimiś zeszytami nad głową, wznosił ręce ku niebu (sufitowi), a wszystko to z niewinnym uśmiechem na twarzy, który zna chyba każdy ministrant, hahuehue. Setlista jest oczywista, więc się nie będę nad nią rozwodził, zbyt obszernego dorobku jako Corrections House jeszcze nie mają, a na granie kawałków swoich macierzystych formacji się nie zdecydowali. Zabolał mnie jednak brak „Through the Night”, ale no nic, trudno. Można przeżyć skoro resztą zadowolili mnie w zupełności. Szczególnie pierwszy utwór z longplay’a, czyli „Serve Or Survive” zniszczył mnie doszczętnie. Tutaj duża rola brzmienia i odpowiedniego nagłośnienia: selektywnego, z odpowiednim pierdolnięciem, szczególnie o basy puszczane ze sprzętu obsługiwanego przez Sanforda Parkera.

I właśnie doszliśmy do czegoś co odkryłem na tym koncercie. Gitara Kelly’ego potrzebuje ciągłego dopełnienia. Ma to w Neurosis, było w Shrinebuilderze, jednak wieloma momentami brakuje tego w Corrections. Kelly swoją grą zostawia pewne przestrzenie, które trzeba wypełnić. Raz jest to saksofon Lamonta, innym razem elektro-pierdy Sanforda, ale są fragmenty, gdzie nie ma ani tego, ani tego. Słuchając płyty tego nie odczułem, ale sprawdzę po raz kolejny na pewno, w poszukiwaniu potwierdzenia bądź obalenia tej tezy. Też dlatego, że to po prostu genialny album i żeby przywołać sobie wspomnienia z koncertu. Zobaczyć legendę za 35zł? No kurwa. Porównując wskaźnik cena/wrażenia ten koncert ustępuje tylko występowi Rosetty w Łodzi parę lat temu za 15zł. Rosetta taniej niż flaszka? Częściej! Kelly i reszta ekipy Corrections z macierzystymi zespołami? Częściej!

Masta

Ode mnie tylko parę słów, na początek o Thaw. Niecałe trzy tygodnie wcześniej miałem okazję sprawdzić chłopaków w Eterze, gdzie otwierali koncert Behemotha i Obscure Sphinx. Wtedy problemy z brzmieniem sprawiły, że odbiór widowiska był znacznie słabszy. Tym razem sound był dużo bardziej klarowny; swoje zrobiła też bezpośrednia bliskość sceny. Problemy z wokalem pojawiły się chyba tylko pod koniec występu, co nie zmienia faktu, że moim zdaniem było znacznie lepiej, niż kiedy widziałem Thaw po raz pierwszy. Tym razem, mogłem chociaż bez problemu wychwycić przejścia między poszczególnymi kawałkami, a wokale nie ginęły w ścianie gitar i perkusji. Z roli supportu sosnowiczanie wywiązali się co najmniej nieźle.

Występ gwiazdy wieczoru chyba z odpowiednim namaszczeniem przedstawił Masta. Ja może tylko dorzucę, że warunki, w jakich odbywał się ten koncert, były naprawdę kapitalne. Nawet nie przeszkadzał mi ten chujowy słup na samym środku sceny, przez który nie widziałem w ogóle, co dzieje się na jej lewej połowie. Było ciasno, było bardzo blisko muzyków i było cholernie głośno. Najważniejsze jednak, że było bardzo dobrze.

Emef

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Relacje i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s