Vista Chino, 12.11.13, Proxima – relacja

Rok 2010. Pewien młody, niespełna dziewiętnastoletni chłopak, zafascynowany psychodeliczno-piaszczystymi dźwiękami właśnie się dowiedział, że wokalista jednego z jego ulubionych zespołów, jednego z pionierów wspomnianych brzmień, zebrał swoich kumpli i rusza na światową trasę, podczas której będą grać utwory tego właśnie zespołu. A w ramach tej trasy odwiedzą Polskę. Takiej okazji młody chłopak przegapić nie mógł.
Rok 2013. Niemożliwe stało się możliwe. Młody chłopak, troszkę już starszy, dowiedział się, że zespół, który rok wcześniej wokalista legendarnej kapeli wraz z perkusistą założył, odwiedzi Polskę. I znowu będą grali kawałki legendarnej kapeli.
Tak, panie i panowie, chodzi o Kyussa a.k.a. Vista Chino.

Naprawdę, mówię szczerze, kiedy dowiedziałem się o warszawskim koncercie Vista Chino, nie wierzyłem w swoje szczęście. Znowu dane mi będzie na żywo usłyszeć te wszystkie kultowe szlagiery, które zrewolucjonizowały rockową scenę lat 90.! I tym razem nie będę musiał tłuc się do dalekiego Wrocławia.
Po długim, acz niezbyt niecierpliwym oczekiwaniu (w końcu już raz to przeżyłem), nadszedł dzień koncertu. Wcześniej sprawdziłem, że jako pierwszy, bardzo niefortunny support wystąpi niejaki Olaf Deriglasoff, znany w polskim gitarowym światku z występów m.in. w Aptece, KNŻ czy Püdelsach. Co podkusiło organizatora, żeby dołączyć Olafa do tego koncertu? Tego nie wiem. Wiem tyle, że bez żalu opuściłem jego występ. Do klubu wszedłem tuż przed początkiem koncertu drugiego polskiego supportu, Elvis Deluxe. To już są klimaty bardziej kyussowe – Elvisy to wyjadacze polskiej sceny pustynnej, istnieją już przeszło dziesięć lat, a na koncie mają trzy długograje. Po ich występie również dało się stwierdzić, że nie jest to dla nich pierwszyzna. Nie był to zresztą pierwszy raz, kiedy widziałem ich na żywo – poprzedni miał miejsce równo trzy lata temu, gdy supportowali Karma to Burn. Niewiele pamiętam z tamtego występu, co chyba może świadczyć o tym, że nie był szczególnie porywający, ale to już należy do przeszłości. We wtorek dali z siebie wszystko, zagrali naprawdę świetnie. Na wysokim poziomie zagrał również ostatni support, kanadyjski Monster Truck, choć nie wszystko poszło jak z płatka. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do Elvisów, byli koszmarnie nagłośnieni. Jedyne, co dało się słyszeć w miejscu, gdzie stałem (a było to dobre miejsce, zaręczam), to gitara i perkusja. Bas zlewał się z nimi w jedno, wokal gdzieś tam sobie pobrzmiewał jednostajnym szumem, zaś klawisze dało się usłyszeć w jednym jedynym, wolniejszym utworze. Poza tym kilka pierwszych numerów brzmiało jak jeden; na pewno jest to wina brzmienia, ale też nieco sztampowych riffów. Trzeba jednak Kanadyjczykom oddać, że zagrali z werwą i przyjemnie się ich oglądało.
No, a potem gwóźdź programu. Kyu… Ee, Vista Chino. Tak. Od razu zaznaczę, żeby nie było niedomówień – nie poszedłem na ten koncert dla utworów zawartych na płycie Visty „Peace”. Poszedłem dla szlagierów Kyussa. I, jak pokazała reakcja publiki, nie ja jedyny. Otwierająca występ „Adara”… Ot, zaczęła się, pobrzmiała i skończyła się. Za to pierwsze dźwięki kolejnego utworu, „One Inch Man” z repertuaru legendy z Palm Desert, publika przywitała bardzo entuzjastycznie i głośno śpiewała „Always so lonely, lonely, lonely!”. I tak było przez cały koncert. Numery Vista Chino z „Peace” przeplatały się z klasykami Kyussa i właśnie przy tych klasykach publiczność mocno się ożywiała. W tym, oczywiście, niżej podpisany, który nie pamięta, kiedy ostatnio tyle machał głową i tyle darł ryja.
Co zagrały Kyussy? Oczywiście, przez wzgląd na materiał autorski Visty, czegoś zabraknąć musiało (na przykład „Pilot the Dune” z repertuaru Slo Burn, jednego z zespołów Johna Garcii, który to utwór Garcia i spółka zagrali w 2010 we Wrocławiu; bolesnym był też brak „100 Degrees”), ale to, co było, wystarczyło: wspomniany już „One Inch Man”, „Hurricane”, „Gardenia”, „Asteroid” (to mnie zaskoczyło), „Supa Scoopa and Mighty Scoop” oraz genialny tryptyk wieńczący koncert – „Thumb”, „Green Machine” i „Freedom Run” (to mnie też zaskoczyło). Na bis poszedł jeden z utworów Vista Chino, po nim „Whitewater”, który płynnie i bardzo udanie przeszedł w „Odyssey”.
Niestety, nawet do występu gwiazdy wieczoru mam pewne zastrzeżenia. Po pierwsze: brzmienie, którego, zdawałoby się, w ogóle nie zmieniono po koncercie Monster Truck. Co dziwne, utworów Vista Chino jakoś dało się słuchać, klasyki jednak brzmiały gorzej, Garcia był praktycznie niesłyszalny. Po drugie: Bruno Fevery ewidentnie nie odnajdował się w psychodelicznych momentach utworów Kyussa. I to dało się zauważyć – momenty te były maksymalnie skrócone, a nawet kiedy już pan Bruno pozwolił sobie odpłynąć… Po prostu nie dawał rady.
Nie miało to jednak wielkiego wpływu na mój odbiór muzyki w trakcie koncertu. Ukochane utwory słyszane na żywo cieszą zawsze, warto też zauważyć, że Garcia znakomicie dawał sobie radę, nie można też nie wspomnieć o Brancie Bjorku, który na perkusji szalał tak, jakby wciąż był dwadzieścia lat młodszy. Krótko mówiąc: kto ma się za wyznawcę Kyussa, a nie był w 2010 w Firleju, ten trąba. A jeśli przegapił również wtorkowy występ… Powinien mieć żal tylko do siebie, bo naprawdę było warto.

Pan Wąs

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Relacje i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Vista Chino, 12.11.13, Proxima – relacja

  1. nie stałeś w dobrym miejscu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s