Cloakroom – ∞ (2013)

shots-główny

Na brzegu rzeki Mierdy usiadłem i płakałem, bo sznyt gromkopierdnego post-rocka sięgał zbyt głęboko… Okryty tatuażem hardcore’u wpatrywałem się w buty i szeptałem do lubej: „rozpierdala mnie ilość sacharozy w tobie”, choć ona wolałaby raczej usłyszeć „kochanie, jesteś taka słodka”, ale ja, ja byłem ponad to. Mam piękną dziewczynę, przyjaciół, domek nad jeziorem, psa, flagę amerykańską; gram w zespole, jem warzywa, kocham zwierzęta i koty, a niebawem ukaże się nowy film Malicka. Nie łatwo jest żyć. Nie łatwo marzyć jest. „Counting backwards from ten makes you count down again”. Zaraz, co?

Niewiele więcej mogę napisać o chłopakach z Cloakroom poza tym, co napisałem powyżej – niewiedza mnie ogranicza. Pochodzą ze środkowych rejonów Stanów Zjednoczonych, więc brak dostępu do morza uczynił ich podatnymi na wpływ emo z połowy lat ’90, szczególnie Doyle Martina – wokalistę/gitarzystę/mózg zespołu, który w tych klimatach obraca się już od jakiegoś czasu (Grown Ups, Lion of the North). Mają tatuaże, więc nie pogardzą hałasem z post-hardcore’owej odnogi, a i credo post-rocka prawdopodobnie z raz przekartkowali. Shoegaze? Pewnie, ale bardziej mimochodem, niż w pełni świadomie; bardziej z zamiłowania do rozlazłych, głośnych rejestrów, niż do bedtime stores; bardziej przez spuszczanie wzroku na widok groźnych nastolatków, niż przez sceniczną prezencję. Zapowiadał się melanż ostateczny, ale wszelkie dusze towarzystwa zrezygnowały w ostatniej chwili i człowiek idzie, jak na ścięcie… Mile się zaskakując.

Infinity” (czy też raczej ) swoje najprzyjemniejsze momenty zawdzięcza ludzkiej stronie tria, kiedy to decydują się oni bez wstydu zapaść w pamięci słuchacza („E”, „Bending”); doceniam też otwieracz albumu – z tym nieśmiało schowanym basem wybuchającym w połowie niczym szara myszka zabierająca dom, samochód i dzieci po 20 latach małżeństwa – no i z nutką shoegazingu w końcówce. Zgrzyt wyłania się w pozostałych dwóch utworach, w których to pojawia się nieco taniego hałasu, monotonii i wyprowadzenia wzruszających pasaży dźwięku ze wzoru na post-rock – to ostatnie zresztą jest plagą wszystkich, którzy chcą nadać sobie szlachetności poprzez połączenie z tym gatunkiem, więc opisywani Amerykanie dostają tutaj za innych, bo w ich przypadku nie brzmi to jakoś bardzo słabo.

Pewien mędrzec powiedział mi kiedyś, żebym nie tracił życia na średnio-dobre płyty – nie posłuchałem go i prawdopodobnie umrę jako jazzowy laik, który poświęcał czas na „sprawdzenie” Vampire Weekend i Cloakroom. Jeżeli macie podobnie do mnie, to sięgnijcie po „Infinite” i poświęćcie pół godziny, bo przyzwoite bardzo dobrego początki. Może.

esko


cover_VP_big


1. Sedimentary [09:16]
2. E [05:35]
3. Dream Journal [02:25]
4. Bending [06:59]
5. Mind Funeral [05:29]


Łącznie 29:45


Skład: Doyle Martin – wokal, gitara; Brian Busch – perkusja; Robert Merkof – bas.


Data wydania: 16 czerwca 2013


Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s