„Sto pięćdziesiąt stopni w cieniu” – Off Festival 2013

off 2013

W każdym sensownym wstępie tego typu tekstu, pasowałoby coś napisać o „mistycyzmie” relacjonowanego festiwalu, ogólnie parę założonych z góry spustów i tym podobnych, które, gdy emocje już opadną, będą się wydawać raczej dość kuriozalne. Ominę to jednak i to nawet nie z tej przyczyny – kieruję się raczej tym, że z Off Festivalem nie wiążę żadnej mistyki i nie jeżdżę na ten festiwal z jakiś metafizycznych powodów. Ja po prostu lubię muzykę, a dobrego grania na Offie zawsze było sporo.

stara rzeka

Festiwalowe zmagania rozpocząłem do projektu mocno hajpowanego w polskim niezalu, a i na temat którego parę ciepłych słów też powiedziałem i napisałem. Kuba Ziołek, w tym przypadku występujący jako Stara Rzeka, miał jednak od początku postawionych przed sobą mnóstwo problemów, z których bardzo ciężko wybrnąć. Przede wszystkim przyszło mu grać o bardzo dziadoskiej porze – wpół do czwartej przy stu pięćdziesięciu stopniach w cieniu. Bardzo słaba pora dla jego niezwykle mrocznej, klimatycznej muzyki. Również długość występu, czyli takie słabe pół godzinki, pozostawiała wiele do życzenia; miałem wrażenie, że występ skończył się, zanim tak naprawdę się rozpoczął. Wynikało to może też po części z tego, że jednak w pewnym sensie, mimo bardzo niesprzyjających warunków pogodowych dla dźwięków Starej Rzeki, byłem głęboko zasłuchany i może nawet zahipnotyzowany. Wniosek nasuwa się prosty – Starą Rzekę zobaczyć trzeba będzie w pełnej krasie.

uncle acidDosyć sporo obiecywałem sobie po występie Wujka Kwasa i mogę powiedzieć, że w pewnym sensie jestem rozczarowany. Postawię się jednak w roli adwokata Uncle Acid & The Deadbeats i po raz wtóry przytoczę siermiężny upał, który zdecydowanie odbierał energię do zabawy. Cóż, przy palącym słońcu mało komu chciało się specjalnie wariować pod główną sceną. Jeśli jednak dla Wujka Kwasa upał miałby być okolicznością łagodzącą, to jak wytłumaczyć duży ruch pod sceną przy okazji koncertu Metz, którzy grali dzień później o tej samej porze i kto wie, czy nie przy jeszcze większym skwarze? W każdym razie, Uncle Acid brzmieli całkiem selektywnie, zaś sam koncert pewnie dużo większe wrażenie zrobiłby w zadymionym, dusznym namiocie. Scena mBanku od początku wydawała mi się słabym miejscem dla takiego retro rockowego, zjaranego grania.

dope bodyDużo energii zostawili na scenie za to Dope Body. Przodował oczywiście mistrz dziwnych min i równie ekwilibrystycznych ruchów, Andrew Laumann. W pewnym sensie, świecąc wątłym gołym torsem i strzelając właśnie te śmieszne miny, przypominał mi Iggy’ego Popa, aczkolwiek muzyczna ekspresja Dope Body to nie proto-punk, lecz mocna i szybka mieszanka noise rocka i hardcore’a. Jak na gitarową młodzież przystało, ich główną siłą była niespożyta energia i tym właśnie ujęli mnie, ale także i często a gęsto bawiącą się pod samą sceną publikę.

the soft moonBardzo wiele obiecywałem sobie po koncercie The Soft Moon i jestem w stu procentach zadowolony z tego, co pokazał Luis Vasquez z ekipą. Ba, mogę wręcz powiedzieć, że otrzymałem więcej, niż się spodziewałem. Przez cały show chłonąłem zarówno zimną, post-punkową muzykę, przy której nikt już nie pamiętał o panującym na zewnątrz upale, jak i niezwykły aspekt wizualny. Sami muzycy stali schowani w cieniu, natomiast wokół nich strzelały słupy jaskrawych świateł, idealnie zgranych z mechanicznymi atakami perkusji. Byłem całkowicie zahipnotyzowany, co zresztą mogę powiedzieć też o reszcie ludzi, których na The Soft Moon stawiło się całkiem sporo. Zasłyszane po koncercie opinie też świadczyły jednoznacznie, że nie tylko ja byłem i jestem nadal pod olbrzymim wrażeniem. Szkoda tylko, że z przyczyn, o których nie wiem, czy wypada mówić w towarzystwie, był to mój ostatni występ tego dnia Off Festivalu. Żałuję, bo choć Smashing Pumpkins prawdę mówiąc obchodzili mnie niewiele ( i z tego co wiem, nawet dobrze że mnie tam nie było), tak Guardian Alien i Zbigniewa Wodeckiego ujrzałbym bardzo chętnie. Dobrze chociaż, że pan Zbigniew leciał na żywo w radiowej Trójce, więc w pewnym sensie można powiedzieć, że byłem na tym koncercie.

biszDrugi dzień festiwalu rozpocząłem także stosunkowo wcześnie, bo o 16:10 i to też prawdę mówiąc bez jakiegokolwiek nastawienia na coś fajnego. A tu proszę – Bisz okazał się całkiem spoko gościem, który mimo lejącego się z nieba żaru zachęcił nawet sporą grupkę ludzi do aktywniejszej zabawy. Razem z B.O.K. Band dał energetyczny koncert, który dzięki użyciu tradycyjnego instrumentalium momentami zbliżał się do rap rocka. Nie bardzo znam twórczość Bisza, żeby nie powiedzieć wcale, ale z tego, co udało mi się wychwycić na koncercie, jego liryki dość luźno przeskakują od całkiem mądrych i rozsądnych wersów po całkowicie niestrawne pierdolenie o niczym i podobnie w sumie było z jego gadką między poszczególnymi kawałkami. W każdym razie energia i atmosfera występu bez wątpienia pozytywnie mnie zaskoczyły.

furiaWcale nieźle zaprezentowała się również tutejsza, śląska Furia. Pora, tak jak w przypadku Starej Rzeki, zupełnie od czapy, bo black metal o 17:00 przy pełnym słońcu trochę jednak traci na uroku. Tym niemniej Nihil i reszta chłopaków stanęła na wysokości zadania. Zaprezentowali głównie materiał z ostatniej płyty, udało mi się też wychwycić „Ohydny jestem” (to na początku grali) i „Zgniję, nie odpowiem!” z epki „Płoń”. Występ ten utwierdził mnie w przekonaniu, że Furia najlepiej wypada, gdy gra nieco wolniej i bardziej klimatycznie, prezentując specyficzne liryki Nihila w pełnej krasie. Frekwencja troszeczkę nie dopisała, ale można się tego było w sumie spodziewać. Ci, co przyszli (a byli m.in. panowie z Zeni Geva, zaś pod namiotem kręcili się kolesie z Brutal Truth) na pewno nie żałowali.

metzPo Furii na Scenę mBanku wkroczyli młodzi ludzie z Metz. Było energetycznie, zaś koszula wokalisty zmieniła kolor z jasnoniebieskiego na mokro niebieski. Pot spływał ze sceny pokaźnymi falami; pewnie spora w tym też zasługa ogromnego upału, ale gdyby nie dużo ruchu, darcia mordy i generalnie przedniej zabawy, to by się aż tak chłopaki nie zgrzali. Pod sceną też było dużo ruchu – w sumie, ta muzyka w stylu Shellac to idealna wprost propozycja do poskakania. I zupełnie odwrotnie niż w przypadku Uncle Acid, upał wcale ludziom nie przeszkadzał, co potwierdza moją teorię, że jak artysta zostawia pot na scenie, to i ludzie pod sceną są gotowi się troszkę spocić. I w tym przypadku tak właśnie było, za co dla Metz należą się brawa.

brutal truthGdy zrobiło się trochę chłodniej, tuż przed 21:00, na Scenie Leśnej pojawili się weterani gind core’a i death metalu, Amerykanie z Brutal Truth. Gdy zobaczyłem Kevina Sharpa, ubranego w kowbojski kapelusz, krótkie spodnie i koszulę w kratę, bez butów i z tą olbrzymią brodą, to już miałem banana na mordzie. Wyglądał, jakby zrobił sobie przerwę podczas grilla z kumplami. Banan na mordzie rósł, w miarę jak Sharp odstawiał na scenie swoje wygłupy, a więc gwałcił i połykał mikrofon, walił nim o głowę i dziko tańczył. No borze, w połączeniu z niezwykle intensywną, a przy tym precyzyjną muzyką, tworzyło to niesamowity efekt. Mam nadzieję, że Brutal Truth zgwałciło uszy hipsterom, bo był to naprawdę przepotężny gig, jeden z lepszych Offa 2013 w ogóle. W tym miejscu warto zauważyć, jak dużą rozpiętość stylistyczną prezentuje katowicki festiwal – w ciągu kilku godzin można zobaczyć zarówno stosunkowo mainstreamowego jak na polskie warunki rapera, jak i legendę brutalnego metalu, w międzyczasie zahaczając o jakiś indie rockowy koncert czy popis folkowego songwritera. Zdecydowanie to jedna z największych zalet Off Festivalu.

skalpelNie opuszczałem na długo Sceny Leśnej, bo już nieco ponad godzinę później rozłożył się na niej nasz eksportowy duet z Ninja TuneSkalpel. Pomimo całkiem interesującej strony wizualnej i dopięcia pod względem technicznym wszystkiego na ostatni guzik, poczułem się lekko zawiedziony. W zasadzie, ciężko mi się do czegokolwiek przyczepić, bo zaangażowania też nie brakowało, niemniej mój pierwszy sceniczny kontakt ze Skalpelem był dość… nudny. Trochę teraz żałuję, że w tym czasie nie wybrałem się na Bohren & Der Club Of Gore – zaważył głównie fakt, że Niemców już na żywo widziałem i choć bardzo dobrze wspominam ich występ z zeszłorocznego Asymmetry, przeważyła chęć „pierwszego razu” z duetem Igor Pudło/Marcin Cichy. Bohreni, z tego co słyszałem, nie zawiedli, natomiast Skalpel… Cóż, parę razy mi się ziewnęło.

gybeO Godspeed You! Black Emperor mogę powiedzieć śmiało, że był to jedyny headliner tego festiwalu, który nie zawiódł. Rozpoczęli, tradycyjnie już, od „Mladic” w jakby nieco szybszej wersji i aż do końca występu nie spuszczali nawet na chwilę z tonu, udanie lawirując między naprawdę głośnymi ścianami dźwięku a graniem wręcz o posmaku muzyki klasycznej. Przez cały występ ukryci w cieniu, z niezwykle oszczędnym światłem, czarowali także sugestywnymi, tajemniczymi wizualizacjami. Nieco szwankowało brzmienie, jak na moje ucho nie aż tak selektywne jak można by chcieć, a i od czasu do czasu słychać było próby Zeni Geva, tym niemniej najbardziej przeze mnie wyczekiwany koncert spełnił wszelkie nadzieje, jakie w nim pokładałem. Hipnoza, trans, magia. W sumie tylko tak mogę to określić. Dałem się tak pochłonąć, że tak naprawdę pamiętam tylko urywki, a występ przeleciał mi w mgnieniu oka. Coś pięknego. (Muszę zaznaczyć, że w swojej ocenie tego koncertu jestem szalenie nieobiektywny – w końcu GY!BE to jednak jeden z ważniejszych dla mnie zespołów).

zeni gevaCiągle oczarowany występem Godspeedów, udałem się do namiotu eksperymentalnego, gdzie koncert rozpoczęli już Japończycy z Zeni Geva. Zagrali niesamowicie profesjonalnie i z matematyczną wprost precyzją, dając popis skomplikowanego, połamanego hardcore’a. Dodam też, że był to bardzo dżentelmeński występ, pełen skromnej uprzejmości w kierunku fanów. Zostałem utwierdzony w przekonaniu, że choć Japończycy z pewnością nie dają się ponieść koncertowemu żywiołowi, są za to niezwykle precyzyjną maszyną do zadawania dźwiękowych ciosów.

ampacityWbrew moim początkowym przeczuciom, trzeci dzień festiwalu okazał się, pomimo jechania już na totalnej energetycznej rezerwie, chyba najbardziej intensywnym. Znowu zacząłem dość wcześnie, od naszego polskiego Ampacity, które hałasowało już od szesnastej w namiocie Trójki. Koncert był więcej niż poprawny; zespół sprawnie lawiruje od inspiracji „kosmicznym” okresem Pink Floyd po całkiem ciężkawy stoner, zaś nad całością – co oczywiste, biorąc pod uwagę inspiracje – unosi się piękna psychodeliczna aura. Jeśli dorzucę do tego również jeszcze stosunkowo sielankową atmosferę występu, to śmiało mogę stwierdzić, że otwarcie ostatniego dnia Off Festivalu było co najmniej udane. W tym samym czasie, co Ampacity w Trójce, na głównej scenie występował zespół Gówno, któremu też udało się zebrać całkiem spory tłumek. Na ile wynikało to z chwilowego ochłodzenia, a na ile widzów przyciągnęła muzyka – ciężko powiedzieć.

fucked upCałkiem sporo obiecywałem sobie po koncercie Japandroids i nie mogę czuć się zawiedziony. Kanadyjski duet przedstawił swoją wersję noise rocka i punka w bardzo energetyczny sposób, czym zachęcił do intensywniejszego wysiłku młodzież dokazującą pod sceną. No i mnie też. Prawdziwe apogeum nastąpiło jednak podczas koncertu Fucked Up – tutaj to już nie było zmiłuj się. Prawdziwa, stuprocentowa ekspresja, hardcore’owe święto. Owłosiony niczym Wielka Stopa ( i przypominający go też posturą) Damien Abraham ze swoim kuzynem z amerykańskich lasów ma jeszcze jedną wspólną cechę – prawdziwą dzikość. W jego przypadku, mam nadzieję, tylko sceniczną, aczkolwiek większą część koncertu frontman Fucked Up spędził poza sceną. Często bywał w fosie, natomiast najwięcej radości wyraźnie sprawiały mu wycieczki do świetnie bawiącej się publiczności – razem z nią skakał, darł paszczę ( i dawał się podrzeć do mikrofonu innym), z każdym przybijał piątki, dawał się też przytulać i głaskać po łysinie (mi osobiście udało się dwa razy pogładzić go po czerepie). Spocony był jak jasna cholera, zresztą kto nie? W całym trójkowym namiocie unosiła się woń potu i jaranego zielska, jednak nade wszystko rzucały się w oczy uśmiechnięte gęby zgromadzonych ludzi. Myślę, że każdy, kto stawił się na Fucked Up do trójkowego namiotu, wyszedł zmęczony, brudny i spocony, ale przede wszystkim zadowolony.

goatPo takiej porcji zapierdalania w epicentrum mosh’u, musiałem chwilkę odpocząć. Z tego też powodu stawiłem się dopiero na Goat. I tak, Koza naprawdę jest taka fajna, jak wszyscy mówią. Po pierwsze wizerunek sceniczny: wszystkie te kolorowe stroje w połączeniu z fantastycznie psychodelicznymi wizualizacjami tworzyły niezwykły, rytualny klimat. Taki, który idealnie pasuje do muzyki Goat. A ta porwała wszystkich zgromadzonych pod Sceną Leśną do szalonego, pełnego pasji tańca; mało kto był na tyle oporny, by choć trochę się nie powyginać. „World Music” odegrane w całości, krok po kroku, ciężej i bardziej rozimprowizowanie, robiło wrażenie. Można by to wszystko porównać do jakiegoś dziwnego szamańskiego rytuału, w którym uczestniczenie było doświadczeniem wręcz mistycznym. Wcale nie przesadzam. Występ Goat to zdecydowanie najlepszy koncert festiwalu. A, mała rada – jeśli kiedykolwiek będziecie mogli posłuchać „World Music” po zażyciu tzw. „nielegalnych środków”, to nie wahajcie się, tylko nie zdziwcie się, jeśli tego nie udźwigniecie.

my bloody valentineBardzo liczyłem na koncert My Blood Valentine. Występ twórców kultowego „Loveless” miał być przeżyciem niezwykłym, niemalże mistycznym. Tymczasem, okazał się co najwyżej poprawny. W czym tkwił problem? Prawdę mówiąc, nałożyło się parę kwestii. Przede wszystkim, strasznie drażniło brzmienie; nie wiem, czy schowanie wokali aż tak bardzo i przy tym tak niefortunnie było zabiegiem celowym, czy też nie, w każdym razie sound był niezwykle chujowy. Mało powiedzieć, że wokale ginęły; ich praktycznie nie było. O ile Shieldsa jeszcze jakby trochę było słychać (choć raczej na zasadzie, że coś tam sobie śpiewa, niż coś konkretniejszego), tak tego, co śpiewała Bilinda Butcher nie słychać było w ogóle. Jak było zbliżenie na telebimie, to trzeba było sobie wyobrazić, że śpiewa. Co ciekawe, wbrew ostrzeżeniom organizatorów, wcale nie było jakoś szczególnie głośno, więc tym bardziej dziwi mnie całkowite zagubienie selektywności. Patrząc na sceniczne poczynania My Bloody Valentine, odniosłem troszkę wrażenie, że koncert na Offie traktują jak swoiste odrobienie pańszczyzny i nieszczególnie zależy im na wykreowaniu wyjątkowego widowiska. Ot, raczej sama obecność na scenie powinna wystarczyć. Wśród ludzi reakcje były różne: od wychowanych na My Bloody Valentine, wyłysiałych panów entuzjastycznie bijących brawo podczas każdej pauzy, po ludzi całkowicie znudzonych, kucających sobie na trawce i generalnie bardziej zainteresowanych dłubaniem patyczkiem w ziemi, niż tym, co się działo na scenie. Jak widać, w tym przypadku punkt widzenia zależał od punktu siedzenia, a uściślając, od tego, kiedy i w jakich okolicznościach poznało się „Loveless”. W koncercie MBV dopatrzyłem się natomiast jednego niezaprzeczalnego pozytywu: Shields zapowiedział nową płytę. Może na żywo już im się nie bardzo chce, ale w studiu wciąż jeszcze potrafią wykrzesać z siebie całkiem sporo. Dość pretensjonalny zakaz fotografowania pozostawię bez komentarza.

Mógłbym jeszcze popsioczyć, że piwo kurewsko drogie, że kolejki po nie też spore, że pod prysznic też kolejki, że w Realu kolejki i ogólnie że wszędzie kolejki (tylko przy stoiskach z płytami jakoś mało tłoczno), ale tak naprawdę to tylko o muzykę chodzi, prawda? Może nie był to najlepszy Off, na którym byłem, może i headlinerzy zawiedli, ale i tak parę rzeczy zapamiętam na długo i po raz kolejny nie żałuję tej kasy, którą przepierdoliłem w Katowicach. Chociaż „przepierdoliłem” w tym przypadku jest zdecydowanie złym słowem.

Emef

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Relacje i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s