Queens of the Stone Age – …Like Clockwork (2013)

qotsa

Josh Homme. Joshm Homme nas nie lubi. Josh Homme nie lubi swoich słuchaczy. Kyuss się rozpada? Zakładamy nowy zespół i odcinamy się. Nie było tego, nie będę już tak grał, skurwiajcie. Kyuss się odradza w formie koncertowej? Spadówa, nie będę w to z wami bawił. Queens of the Stone Age ugruntowuje swoją pozycję na rynku? A to zmieniajmy się, odrzucajmy rzeczy, z których jesteśmy znani, szukajmy nowych. I to się szanuje! A szanuje się tym bardziej, jak te zabiegi wychodzą dobrze.

Sześć lat Rudzielec kazał czekać na nowy album. Długo. No, ale cóż, nie można powiedzieć, że się bezkarnie opierdalał, bo były w międzyczasie jakieś Eagles of Death Metal, były Them Crooked Vultures, były inne zespoły, które produkował. Ale zawsze pozostaje pytanie: czy warto było czekać? Już teraz odpowiem, że tak.

QOTSA zawsze była znana z chwytliwych kawałków. Jednak też nigdy nie można było o nich powiedzieć „prostackie”. I to zostało zachowane, chociaż jak nigdy wcześniej zbliżyli się do popowej odmiany rocka. Pierwszy utwór tego jeszcze nie zwiastuje: „Keep Your Eyes Peeled” mógłby się spokojnie zmieścić na „Lulabies to Paralyze”. Atakuje charczącym basem, klawiszami w tle, nagłymi wybuchami gitar, „psychodelizuje” słuchacza. Kolejny na rozpisce „I Sat by the Ocean” znowu zalatuje The Black Keys, choć może powinienem powiedzieć, że to ten duet odwoływał się w swojej twórczości do ekipy z Palm Desert. Zostawiając te dywagacje przechodzimy do „The Vampyre of Time and Memory”. Tak radiowej ballady Homme jeszcze chyba nie stworzył. Prym wiodą pianino i syntezatory, Josh śpiewa o miłości, zespół powoli buduje napięcie, by w punkcie kulminacyjnym uderzyć solówką. Jest w tym utworze coś dostojnego, coś za co przyznaje się tytuły szlacheckie, coś zeppelinowskiego? Gdzieś ktoś przy okazji opisywania tego albumu nazwał QOTSA Led Zeppelinami naszych czasów. Ja bym się tak nie rozpędzał, ale w pewnym stopniu rację może ten człowiek mieć.

Wróćmy do tej popowości. Niech świadczy o niej fakt, że Ginger Elvis nie poszalał tak bardzo z riffownią. W sumie w pamięci został mi przede wszystkim ten otwierający z „My God Is the Sun” (przy okazji jest to też najbardziej żywiołowy kawałek na płycie, ze świetną końcówką w rytmie walczyka). Ze „Songs for the Deaf” pamiętam co drugi. Brzmienie na szczęście zostawił w spokoju i go nie ugładzał, dobre syfy są. „Kalopsia” – kolejne zaskoczenie. Przez te plumkające gitarki człowiek ma ochotę się walnąć gdzieś na trawce i patrzeć na płynące po niebie chmurki. A tu nagle jeb! Przestery! W kontrasty się bawimy, dobrze, dobrze. W „Fairweather Friends” też są. I kto jeszcze jest? Była mowa o tytułach szlacheckich, to pianinko wziął dograł Sir Elton John. Światowo. A przecież na płycie udzielił się też Reznor i Grohl na perce w paru utworach. Wyszło lepiej niż na ich wspólnych kawałkach z „Sound City”.

Osobny akapit należy się najlepszemu utworowi na płycie. I może jednemu z najlepszych QOTSA w ogóle, moje prywatne top 5 zespołu na pewno. „I Appear Missing”. Pisałem coś o dostojeństwie wcześniej. Tutaj dopiero jest dostojeństwo. Kroczący rytm (ale raczej w tempie powłóczącego nogami dziadka albo zombie [patrz teledysk]), świetne wykorzystanie pauz, chwytający za serce refren, solówka w stylu Morello z czasów Audioslave. Całokształt na poziomie, który nie pozwala zasnąć. A to przejście z szalejącą perkusją, wyciszenie i znowu jeb? Majstersztyk. Tutaj znowu kontrasty są głównym środkiem wyrazu. A Homme w tekście śpiewając o niespełnionej miłości uderza w banały pokroju „I never loved anything until I loved you/ […] I hadn’t a thing unless I had you”. I co z tego, że banał skoro utwór sprawia, że ja płaczę? Klasa, owacja na stojąco.

Z czego wynikają pretensje wobec tego albumu? Z dysproporcji pomiędzy oczekiwaniami, wymaganiami, a tym co możemy dostać, co twórca jest w stanie zaoferować. Sytuacja zachodząca w 99% przypadków, gdy zespół długo karze czekać na nowe wydawnictwo. I pewnie też bym narzekał, gdybym miał nadzieje na nowe „Songs for the Deaf” czy „Rated R”. Ale raz: wiedziałem, że to se ne vrati. I dwa: ostatnio staram się wyzbyć wszelkich oczekiwań wobec nowych albumów moich ulubieńców, żeby później się nie zawodzić i nie psioczyć bez sensu, że nowe Neurosis chujnia, bo to nie to samo co na „Through Silver in Blood”. Tak jest lepiej chyba. Nie przesłania rzeczywistej radości czerpanej ze słuchania płyt i człowiek mniej się denerwuje. Zdrowo. Polecam. I nowe QOTSA, i podejście.

Masta

clockwork


  1. Keep Your Eyes Peeled [5:04]
  2. I Sat by the Ocean [3:56]
  3. The Vampyre of Time and Memory [3:35]
  4. If I Had a Tail [4:56]
  5. My God Is the Sun [3:55]
  6. Kalopsia [4:38]
  7. Fairweather Friends [3:43]
  8. Smooth Sailing [4:51]
  9. I Appear Missing [6:01]
  10. …Like Clockwork [5:24]

  11. Całość: 46:03


    Skład: Josh Homme – gitara, wokal; Troy Van Leeuwen – gitara, klawisze; Dean Fertita – gitara, klawisze; Mikey Shoes – bas; Jon Theodore – perkusja


    Data wydania: 3 czerwca 2013

    Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s