Long Distance Calling – The Flood Inside (2013)

Long-Distance-Calling

Ciągły proces, polegający na stopniowych zmianach cech gatunkowych kolejnych pokoleń wskutek eliminacji przez dobór naturalny lub sztuczny części osobników (genotypów) z bieżącej populacji – tak pokrótce można zdefiniować termin ewolucji. Idąc dalej tym tropem, warto zauważyć, iż jednym z podstawowych założeń teorii ewolucji jest dostosowanie, czyli wyrobienie pewnych cech, ułatwiających konkurencję o zasoby, korzystniejszych w danych warunkach środowiska niż inne cechy. Bardzo łatwo doszukać się, zwłaszcza do tego założenia, znaczących odniesień w świecie muzyki rozrywkowej. Żeby daleko nie drążyć, wystarczy przypomnieć sobie zmianę brzmienia zaserwowaną przez niektóre zespoły progresywne na przełomie lat 70. i 80. Przykładem z naszego podwórka może być przehajpowany na wszystkie możliwe sposoby Hey, który, żeby się utrzymać na powierzchni tzw. rockowej sceny niezależnej, chwyta się dokładnie wszystkich, najmodniejszych akurat w „muzyce niezależnej” trendów. Innym założeniem teorii ewolucji jest zmienność – proces dziedziczności nie jest absolutnie dokładny i wprowadza przypadkowe zmiany zwane mutacjami; dodatkowymi źródłami zmienności są rekombinacja i poziomy transferów genów. I jak tak patrzę na ewolucję Long Distance Calling, to tylko ten punkt mi przychodzi do głowy.

Można by się długo zastanawiać, co Matka Natura zrobiła nie tak, że Long Distance Calling znajduje się akurat w tym miejscu. Początkowo był to może niezbyt się wyróżniający, ale dysponujący przyzwoitym warsztatem zespół post-rockowy, jakich parę już spłodziła niemiecka ziemia. Co prawda niemalże od początku ciągnęło ich do bardziej piosenkowych form, to pierwsze, pojedyncze próby były jeszcze akceptowalne (a „The Nearing Grave” z udziałem Renksego to w ogóle nawet był fajny numer). A propos, jak już jesteśmy przy Katatonii – przyjaźń ze Szwedami odbija im się czkawką. Były wspólne trasy, właśnie pomoc w nagraniu płyty i w ogóle friendzone forever. Sami muzycy jeszcze pewnie sobie z tego nie zdają sprawy, ale my, słuchacze, w większości chyba jednak tęsknimy za starym, dobrym (a na pewno lepszym) Long Distance Calling. Nie mam nic przeciwko upraszczaniu formy, ale ciężko jest mi zaakceptować kierunek, jaki sobie chłopaki wytyczyli.

Wiemy już, że jest źle, nie wiemy do końca, dlaczego. Jak już wspominałem, w Long Distance Calling zapragnęli pisać piosenki. A nie umieją pisać piosenek. W sumie teraz to ciężko mi nawet powiedzieć, jak oni się prezentują gatunkowo i nie chodzi wcale o jakąś wyszukaną syntezę stylów, tylko o raczej ewidentny brak tegoż. Jeśli miałbym to określić, to może jako jakiś mocno podmetalizowany rock alternatywny (progresywny?). W każdym razie, na drogowskazie powinny się znaleźć takie zespoły jak Junius na przykład, ale w pewnym sensie też Katatonia. Co jednak odróżnia muzykę Niemców od wymienionych wcześniej zespołów (a Katatonii zwłaszcza, bo Junius to i tak nigdy nie lubiłem), to brak dobrego wokalisty. A nie, przepraszam, w „Welcome Change” udziela się Vincent Cavanagh, a on akurat chyba śpiewać potrafi… Jeszcze wrócę do kompozycji jako takich. Jeśli już taki zespół jeden z drugim porywa się na pisanie piosenek, to wypadałoby zadbać, żeby melodie były dobre. Ja osobiście nie mogę sobie takiej przypomnieć. Lepiej jest, kiedy panowie decydują się na granie instrumentalne; weźmy pierwszy z brzegu „Nucleus” – ma fajne zmiany tempa, niezłą solówkę, coś się w sumie dzieje. Tam, gdzie pojawia się wokal, pojawia się też i problem.

„The Flood Inside” z post-rockiem ma już wspólnego niewiele i chociaż ciężko to traktować w kategorii zarzutu jako takiego, to w tym przypadku jest on nim niewątpliwie. Ewolucja, jak widać, robi błędy. Jednym z nich bez wątpienia jest kierunek rozwoju Long Distance Calling.

Emef

longdistancecalling_


1. Nucleus [07:13]
2. Inside The Flood [06:43]
3. Ductus [06:48]
4. Tell The End [06:02]
5. Welcome Change [07:06]
6. Waves [06:38]
7. The Man Within [06:33]
8. Breaker [08:14]


Łącznie 55:23


Skład: Jan Hoffmann – bas; Janosch Rathmer – perkusja; David Jordan – gitara; Florian Füntmann – gitara; Martin Fischer – wokale


Data wydania: 4 marca 2013

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s