Clutch – Earth Rocker (2013)

Nareszcie. Na nowy album Clutch trzeba było czekać aż cztery lata – jak na nich była to długa przerwa. Nie ma się co dziwić – o ile dobrze wiem, te cztery lata były jedną wielką trasą koncertową, podczas której scenę dzielili między innymi z Motorheadem i Thin Lizzy. W końcu jednak panowie zebrali się w studiu i nagrali to, co im w głowach grało. Co z tego wyszło?

Przede wszystkim muszę wyrazić swoje ubolewanie. Już przy okazji ukazania się singlowego utworu, którym był „Earth Rocker”, można było się spodziewać, że muzycy Clutch zrezygnują ze stylistyki bagiennego preacher-blues rocka, w jakiej osadzona była poprzednia płyta, „Strange Cousins from the West”. Tak też się stało.
Właściwie to nie powinienem się martwić, pomyślałem przed pierwszym odsłuchem. Jeśli znowu postawili na czad, to pewnie w stylu „Blast Tyrant” czy „Pure Rock Fury”, a „Blast Tyrant” to przecież mój ulubiony album Clutch. Jak się jednak okazało, moje trzeźwe podejście do tematu było tylko pozorne i chyba jednak trochę się na zespół obraziłem. To jest dobre, mówię sobie, ale podświadomość przypomina, jakie świetne riffy Tim Sult zagrał na „Kuzynach”, jak znakomicie śpiewał Neil Fallon i jak pięknie pogrywała perkusja JP Gastera. Pamiętaj, mówi podświadomość, jak to pięknie ze sobą współgrało i jaki specyficzny, niepowtarzalny klimat southernowy to wszystko miało.

Na szczęście zdrowy rozsądek wygrał pojedynek z podświadomością i pomógł zauważyć, że „Earth Rocker” zawiera właściwie wszystko to, czego potrzebuje dobry album Clutch. Przede wszystkim – to najważniejsze – trudno się od niego oderwać. Jest tak bezczelnie chwytliwy, jak tylko clutchowy album potrafi być. I nawet jeżeli za pierwszym razem nie porwie, nie spowoduje niepowstrzymanego tupania nogą czy choćby nawet pojawienia się myśli „dobre to jest!” – i tak wróci niczym bumerang. A wtedy już nie ma ratunku.

Tak było ze mną. Nagle zauważyłem, że przecież nie brak tu świetnych riffów, w których Tim Sult w tak charakterystyczny dla siebie sposób miesza hardrockowy pazur z bluesowym feelingiem i chwytliwością; że Neil Fallon nadal posiada w głosie taką charyzmę, że mógłby porywać tłumy bez względu na głoszone prawdy (nie wspominając już o tym, że to w ogóle świetny śpiewak o znakomitej barwie – wystarczy posłuchać „Gone Cold”). Ciut rozczarowuje pan JP Gaster – gra po prostu porządnie, tak jak się tego oczekuje od hardrockowego perkusisty, a przecież stać go na wiele więcej.

Złożywszy to wszystko do kupy przekonujemy się, że „Earth Rocker” to album co najmniej dobry. Mnie przekonał już na tyle, że nazywam go nawet bardzo dobrym i nie wstydzę się postawić go na równi z „Pure Rock Fury” i „The Elephant Riders”. Tym, których album nie przekonał, radzę słuchać go, dopóki nimi nie owładnie. Bo prędzej czy później to musi nastąpić.

Pan Wąs

3015911713-1


 

  • Earth Rocker (3:32)
  • Crucial Velocity (3:59)
  • Mr. Freedom (2:43)
  • D.C. Sound Attack! (4:37)
  • Unto the Breach (3:29)
  • Gone Cold (4:20)
  • The Face (4:22)
  • Book, Saddle, and Go (3:41)
  • Cyborg Bette (3:13)
  • Oh, Isabella (5:17)
  • The Wolf Man Kindly Requests… (5:02)

 

 


Całość 44:15


Skład: Neil Fallon – wokal; Tim Sult – gitara; Dan Maines – bas; Jean-Paul „JP” Gaster – perkusja


Data wydania: 19 marca 2013

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Clutch – Earth Rocker (2013)

  1. Pingback: Podsumowanie roku 2013 – Pan Wąs | geometryofsound

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s