The Knife – Shaking the Habitual (2013)

The+Knife+png

Posłuchajcie tego: siedzimy sobie na lekcji, gadamy, rozrabiamy, lulki palimy, ogólnie – jest sprawdzian. Nauczycielka podpowiada niektórym z uśmiechem, stara się zachować spokój, ale z tym ścierwem się tak się dłużej nie da – pomyślała zapewne i po raz kolejny nas zamordowała. W myślach. No i wiadomo, co teraz się stanie. Nieludzki ryk, wrzask, twarz czerwona, dzwonię do rodziców, ale spokojnie proszę pani, już nie będziemy, obiecujemy, proszę się uspokoić. Wtem, jak nie pierdolnie pięścią o biurko, jak nie wyleje kawy, jak nie machnie drugą ręką, jak nie krzyknie: „NIE USPOKAJAJ MNIE!”. Mija sekunda, może dwie i troskliwym półgłosem kończy zdanie z rozchmurzoną już twarzą: „bo mnie to denerwuje…”. Tak było! Duch tej ponadczasowej przypowieści unosi się również nad „Shaking the Habitual” – czy to będzie złośliwy, 19-minutowy test wytrzymałości na albumie tanecznego duetu, czy też purpurowa (a może to fuksja?), odpychająca taniością okładka. Wreszcie – przecież „ci od „Heartbeats” nagrywają imponujący w skali społeczno-polityczny manifest! Jedną z dyskusji na Facebooku ktoś zamyka w ten sposób: „ ponieważ to sztuka”. Widzicie, to sztuka, ziomki; 10/10, BNM; dobrze, że są jeszcze na rynku prawdziwi artyści, koniec recenzji.

esko


Garść suchych informacji na początek: The Knife, to w największym uogólnieniu electropopowy rodzinny biznes ze Szwecji, w skład którego wchodzi Karin Dreijer Andersson i jej młodszy brejdak – Olof Dreijer. Ta pierwsza może się pochwalić udaną – łagodnie przedłużającą ‘politykę’ The Knife – solówką jako Fever Ray, z kolei ten drugi skupia się na minimal techno i prawdopodobnie równie minimal publiką na koncertach ze względu na stosowanie parytetu. Żartuję (tzn. z tym parytetem, to oczywiście prawda – uściślam, bo nie wiem, co konkretnie odbierzecie jako żart). Artystycznie szczytowali w roku 2006 – wtedy ukazał się album „Silent Shout”, na którym to wzięli pop, wzięli syntezatory, wzięli kobiecy głos i pojebali to wszystko bardzo, tworząc w ten sposób pop do odegrania na stypach… Nie – na pogrzebach. W przyszłości. Kiedy „Full of Fire” z nowego albumu uderzyło i to uderzyło mocno, wypadało odświeżyć sobie to i owo – wszak z racji tego, że The Knife nigdy nie darzyłem ogromną sympatią, a i oni sami, jako duet, niezbyt śpieszyli się z powrotem, ich twórczość schowała się głęboko w mojej głowie, wraz z takimi artystami z okresu wielkich i prywatnych odkryć geograficznych w dziedzinie muzyki, jak… Nie, nie ważne. W każdym razie rozgrzewka okazała się zupełnie niepotrzebna, bo na „Shaking the Habitual” nie zdołała przygotować w żadnym stopniu.

Warto poświęcić chwilę na społeczno-polityczne tło albumu i na to, co właściwie The Knife manifestują. Ja wiem, że obecnie kontekst w muzyce, to jak cztery rdzenie i 512MB RAMu; że nie potrzeba nam społecznych rewolt i ruchów, żeby skleić ponad dwa zdania o ulubionym artyście, ale rodzeństwo Dreijerów tak się namęczyli, tyle książek przeczytali – Olof nawet zapisał się na kurs – że należy o tym przynajmniej wspomnieć. Lista problemów, które porusza duet jest bardzo długa, choć bystrzejsi pewnie zauważą, że wychodząc z jednego zagadnienia dałoby się odgadnąć resztę. Tym bardziej, że, no cóż, The Knife wyraźnie zakręcają w lewo. Mamy więc kwestię nierówności, nierówności ekonomicznej, nierówności klasowej, kwestię uprzywilejowanych i bogatych, skupiania majątku, rasizmu, dyskryminacji orientacji seksualnych, dyskryminacji kobiet, degradacji środowiska, kwestię patriarchalizmu, modelu rodziny nuklearnej, modelu rodziny tradycyjnej, modelu rodziny królewskiej, monarchii samej w sobie i niedorzeczności więzów krwi jako środka legitymizowania swojej uprzywilejowanej pozycji, kwestię muzyki popularnej, znaczenia w muzyce, artystycznej autentyczności, sztuki i tak dalej, i tak dalej. „Udzieliliśmy do tej pory 14 lub 15 wywiadów w związku z nowym albumem i tylko jeden przeprowadzany był przez kobietę – był to wywiad dla feministycznego magazynu. Myślę, że to mówi samo za siebie” – stwierdziła Karin, żona i matka dwójki dzieci, w rozmowie z dziennikarzem The Guardian. Całość rzecz jasna nie rozbija się wyłącznie o teksty i wypowiedzi muzyków – aby zobaczyć pełen obraz, należy zapoznać się z notatką prasową-manifestem, kilkunastominutowym filmem o nowej płycie, teledyskami z długimi deskrypcjami pod nimi, które pomagają poprawnie zinterpretować przekaz, czy też komiksem stworzonym przez Liv Strömquist – szwedzką prezenterkę radiową i rysowniczkę komiksów o feministycznym zabarwieniu. Czy wzbudza to ironiczne uśmiechy, czy też zainteresowanie – pozostawiam do oceny wam. Trzeba po prostu pamiętać, że The Knife nie prezentują zbyt wielu rozwiązań poruszanych problemów, a więc skupiają się na suchych ideach, pragmatyzm zostawiając na boku – celowo lub nie. Rozwiązanie bardzo wygodne, ale można je zrozumieć. „Ponieważ to sztuka”, heh.

Odpalmy wreszcie album i zejdźmy z tej mównicy na ziemię, a dokładniej – na gruzy starego świata, gdzie trwa właśnie w najlepsze szamańska biba. The Knife zaczynają od kosy pod żebra i przez pierwsze pięć utworów czarują chwytliwymi zagrywkami oraz pokręconymi wokalizami („Without You My Life Would Be Boring”!), zadowalając jednocześnie tych, co wpadli potańczyć do „Heartbeats”, jak i tych, którzy przyszli odprawiać gusła. Potem jednak się okazuje, że nic nie jest takie, na ja jakie wygląda! To nie rodzeństwo Dreijerów jest odpowiedzialne za „Shaking the Habitual”, a M. Night Shyamalan, który wszystko rujnuje fabularnym twistem. Nie no, przesadzam, tak całkiem nie rujnuje (pierwszy raz w karierze?). Wiecie doskonale, o czym mowa: o 19-ominutowym ambiencie z zaświatów pt. „Old Dreams Waiting to Be Realized”. Niby nic się nie dzieje, czujność jest usypiana aż nazbyt dosłownie, po czym słyszymy niepokojące i dziwnie znajomo brzmiące dźwięki (worek foliowy? spawarka? ksenomorf w podmiejskim kanale?). No dobrze, rozumiem, wkurwiamy ludzi, którzy już się rozkręcili na parkiecie, zmuszamy heartbeatsowców do skipowania utworów, a następnie śmiejemy się z nich do rozpuku – dlaczego niby mają być szczęśliwi i zadowoleni, dlaczego dobry samochód, nowa laska, blue jeans i Coca-Cola? Obrzydliwe.

Tak kończy się pierwsza część „Shaking the Habitual” i teraz już możemy spodziewać się największych dziwów, jakby jutra miało nie być, a i tak jesteśmy zaskoczeni, bo „Raging Lung” – mój faworyt z tej płyty – pięknie się wkręca i wydaje się być zagubionym, prawdziwym dzieckiem pierwszych pięciu utworów „Shaking the Habitual”, które ktoś podmienił z „A Cherry On Top”. Dalej wreszcie mamy te kontrowersyjne dziwy (poza wieńczącym całość „Ready to Lose” – podejrzanie „zwyczajny” kawałek), ale to już jest tak, jak oglądanie filmu ze świadomością, że będzie jakiś zwrot akcji – to przecież spoiler sam w sobie – ale czasami, to nawet dobrze, więc wychodzi na plus. Najciekawiej z tej grupki wypada moim zdaniem „Stay Out Here”: świetny natłok głosów, ładnie kontrastują z nieco nieprzystępnym tłem. Reszta… W porządku – dyplomatycznie mówiąc.

No dobrze, The Knife czytają Foucaulta, spisali fajniejsze cytaty i wybrali jeden na tytuł płyty. Tęsknią za kontestacją z lat ’70, ale też czasowo bliższą, mniej widoczną, ale wierną swoim ideałom do końca swoich dni – Fugazi? No tak, między innymi. Porzucili maski, w których niegdyś paradowali, ponieważ nie chcieli być z nimi kojarzeni i robić z tego karty przetargowej. Naiwne, ale łącząc to z całym projektem „Shaking the Habitual” – intrygujące. Klei się, no. Zresztą, eksperymenty na albumie sprawiają, że nie ma mowy, aby kontekst przysłonił muzykę, a to bardzo dobrze. Z samymi eksperymentami nie jest jednak zawsze bardzo dobrze – może za dużo ambicji na raz, a może zwyczajnie te eksperymenty nie są w ostatecznym rozrachunku tak kosmiczne, nieludzkie i wyprzedzające swój czas, jak z początku się wydaje. Nie ma jednak męki, a to bardzo dziwne biorąc pod uwagę to, że album trwa – chyba jeszcze o tym nie wspominałem, a więc uważajcie – ponad 1,5 godziny. Fakt, ciężko w XXI wieku utrzymać pełnię koncentracji przez tyle czasu – mówię też tutaj o sobie samym – ale warto. Przynajmniej w tym wypadku warto utrzymać, przynajmniej ten jeden, pełny raz. A potem wrócić do „Heartbeats”.

esko


theknife-1364400854

  1. A Tooth for an Eye [6:04]
  2. Full of Fire [9:17]
  3. A Cherry on Top [8:43]
  4. Without You My Life Would Be Boring [5:14]
  5. Wrap Your Arms Around Me [4:36]
  6. Crake [0:55]
  7. Old Dreams Waiting to Be Realized [19:02]
  8. Raging Lung [9:58]
  9. Networking [6:42]
  10. Oryx [0:37]
  11. Stay Out Here [10:42]
  12. Fracking Fluid Injection [9:54]
  13. Ready to Lose [4:36]

Całość: 96:20


Skład: Karin Dreijer Andersson, Olof Dreijer


Data wydania: 5 kwietnia 2013

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.