Volbeat – Outlaw Gentlemen & Shady Ladies (2013)

Od czego by tu zacząć? Nie jest mi łatwo pisać tę recenzję. Wciąż mam w pamięci koniec roku 2008, kiedy to pierwszy raz usłyszałem „Guitar Gangsters & Cadillac Blood”. Album ten kompletnie zawrócił mi w głowie, zapałałem do niego – a potem do innych płyt – ślepą miłością. Zauroczenie trwało i trwało, w końcu jednak nadszedł moment, kiedy nie mogłem wysłuchać nawet dwóch utworów po kolei.

Potem wsiąkłem w inną muzykę i jakoś o Volbeat zapomniałem – do czasu, gdy ukazał się album „Beyond Hell/Above Heaven”. Świetnie, pomyślałem, będzie okazja żeby odświeżyć sobie twórczość. Skończyło się na tym, że po trzech odsłuchach wywaliłem płytę i już ani razu jej nie słuchałem, a na zespole postawiłem krzyżyk.

Nadszedł jednak rok bieżący, a z nim kolejny krążek, „Outlaw Gentlemen & Shady Ladies”. Ok, pomyślałem znowu, posłucham ze względu na dawne czasy. A nuż odzyskali pazur, niemożliwe przecież, żeby całkiem zapomnieli, jak to się robi. Poza tym lider Volbeat, Michael Poulsen zapowiedział, że płyta zaprezentuje nowe oblicze zespołu, odświeżone i cięższe. Tak, wiem jak to z zapowiedziami muzyków bywa, ale ciągle mam w sobie tę naiwność, która mówi: „Przecież facet chyba wie, co gada!”.

Żeby mieć jakikolwiek pogląd na to, czego spodziewać się po zawartości albumu, odpaliłem sobie singiel. Włączyłem, posłuchałem. Potem z uwagą (trudno było ją zachować), mająć w pamięci singlowy utwór, posłuchałem całej płyty. Jaki wynik, spytacie. Cóż… Jak wspominałem, „Beyond Hell/Above Heaven” posłuchałem aż trzy razy, zanim przestałem chcieć mieć z nim cokolwiek wspólnego. W przypadku nowego albumu skończy się na jednym pełnym odsłuchu. Tak. Zgadza się. Jest aż tak źle. W zasadzie cała recenzja mogłaby ograniczyć się do jednego zdania: oprócz intra i utworu „Room 24”, gdzie gościnnie pojawia się legendarny King Diamond, wszystko brzmi tak samo. Ten sam banalny, pioseneczkowy, radiowy schemat. Te same melodyjki, rytmy, aranże wokalne.

Nie przesadzę mówiąc, że wystarczy posłuchać singla i dwóch wspomnianych przed chwilą kawałków, żeby z czystym sumieniem wyrobić sobie opinię o płycie i wystawić jej ocenę. Co się stało z tym zespołem? Mieli naprawdę dobry pomysł na siebie, przeróżne wstawki, które wprowadzały świetny klimat, teksty, riffy, groove. Wydaje się, że teraz ich pomysłem na siebie jest po prostu nagranie popu, aspirującego do bycia heavy metalem.

Krzyżyk, który postawiłem na zespole po wydaniu poprzedniego albumu, potraktuję więc jako żółtą kartkę, zaś za „Outlaw Gentlemen & Shady Ladies” Volbeat dostaje ode mnie czerwoną.

Pan Wąs

3015911713-1


  1. Let’s Shake Some Dust (1:27)
  2. Pearl Hart (3:26)
  3. The Nameless One (3:52)
  4. Dead But Rising (3:34)
  5. Cape of Our Hero (3:48)
  6. Room 24 (5:06)
  7. The Hangman’s Body Count (5:15)
  8. My Body (3:41)
  9. Lola Montez (4:27)
  10. Black Bart (4:47)
  11. Lonesome Rider (4:04)
  12. The Sinner Is You (4:14)
  13. Doc Holiday (5:46)
  14. Our Loved Ones (4:50)

Całość 58:17


Skład: Michael Poulsen – gitara i wokal; Jon Larsen – perkusja; Anders Kjølholm – bas; Rob Caggiano – gitara


Data wydania: 9 kwietnia 2013

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Volbeat – Outlaw Gentlemen & Shady Ladies (2013)

  1. Michal pisze:

    Szkoda, że nie dałeś szansy nowej płycie i zaledwie po jednym przesłuchaniu napisałeś recenzję. Mi nowy Volbeat bardzo się podoba. Po każdym następnym odsłuchaniu coraz bardziej. nie grają może tak cięzko jak na pierwszych 2 płytkach ale widać że nie brakuje im pomysłów. Długo czekałem na nowy album i nie zawiodłem się w ogole moze dlatego że jestem die-hard-fanem Volbeata i co by nie nagrali to mi się spodoba 🙂

    • emeffo pisze:

      Ja raczej za to stwierdziłbym zupełnie przeciwnie – że pomysłów brakuje im jak jasna cholera.

    • Niszczuk93 pisze:

      No widzisz – sam sobie odpowiedziałeś 🙂 jesteś die-hard fanem, co doskonale rozumiem, bo sam mam kilka zespołów, których łykam bez pytania prawie każdy album. Volbeat już od czasu poprzedniej płyty do tych kapel nie należy, do tego stopnia, że nowej płyty miałem zamiar w ogóle nie tykać. Ale przełamałem się i posłuchałem. Bardzo uwaznie posłuchałem (co nie zdarza mi się często), więc nie miałem problemu z dokładnym ocenieniem materiału 🙂 Naprawdę wątpię, czy kolejne odsłuchy zmieniłyby cokolwiek. Przy AH/BH nie zmieniły wiele, a tam jednak utwory były w miarę różnorodne. Tu jest wszystko takie samo, raczej niczego nowego nie wyhaczę 😉
      PS Wybacz zwłokę w odpowiadaniu ;p

  2. ROBaK pisze:

    Volbeat zjadł swój ogon już jakiś czas temu. Na ‚Outlaw Gentlemen & Shady Ladies’ czarę goryczy przechyla brzmienie – bardzo wypolerowana produkcja. Brakuje tej energii, brudu i charkotu rock n’ rolla z pierwszych 2 płyt. Wszystko jest ułożone, upiosenkowione do granic… Szkoda kapeli, szczerze wątpię, żeby jeszcze kiedyś zaskoczyli… No i Poulsen, świetny wokalista, a jednak jego elvisowski manieryzm też zaczął mnie męczyć.

    • Niszczuk93 pisze:

      Tak się skupiłem na nudzie i braku świeżości, że nie zwróciłem w ogóle uwagi na brzmienie 😉 Co pewnie znaczy, że dla mnie nie gra żadnej roli – nie jest ani jakoś szczególnie złe, ani zachwycające. A z resztą się zgadzam. Co do zjadania ogona – można zjadać ogon z klasą. Niektórzy to potrafią.

  3. Pingback: Podsumowanie roku 2013 – Emef | geometryofsound

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s