The Strokes – Comedown Machine (2013)

tstrksb

Po uwolnieniu świata spod panowania rocka siermiężnego, The Strokes nie zażądali zapłaty, choć w pewnym stopniu każdy z nas jest im coś za to winien. Czy nowojorczycy faktycznie i sami z siebie zmienili grę, czy też ktoś stwierdził, że chyba zmieniają i wykrakał – tego nie wiem. Nie ważne. Stanęli w pierwszym rzędzie „nowej rockowej rewolucji”, inspirowali się przysłowiowymi „starymi, dobrymi czasami”, które określili na 30-40 lat wstecz i paradoksalnie zainspirowali tym swoich (swoich?) naśladowców. Działo się. Popularna muzyka gitarowa ponownie wyszła do ludzi – już nie szlugi, stałe związki, tatuaże i ballady przy kominku, a codzienne życie młodych: (bezpieczny) seks, (miękkie) narkotyki i rock&roll. Kurt Cobain zginął raz – Julian Casablancas zaliczał zgon na każdej imprezie.

No i dobrze. Oczywiście fenomen The Strokes wciąż polaryzuje i wciąż nie wiadomo do końca, czy „Is This It” można jeszcze lubić, czy już lepiej nie, lub na odwrót – czy można już lubić, czy lepiej jeszcze nie. Fakty: pięciu chłystków debiutuje w 2001 roku. Kontrowersyjna (i świetna – wiadomo) okładka, która zostaje zmieniona w Stanach Zjednoczonych. W tym samym kraju płyta zostaje pozbawiona utworu o nowojorskiej policji. Casablancas budzi się kolejny dzień z rzędu z innymi piersiami w dłoniach. Tego ostatniego nie jestem pewny na 100% i możliwe, że taki z niego hardcore „jak kurwa z UMC – Embargo”, ale you know the drill. Kiedy jednak chodzi o muzykę, to zawsze miałem z nimi lekki problem, ale nie czas roztrząsanie dawnych waśni – uznajcie to, jako niemówienie źle o zmarłych. „Is This It” zwyczajnie ciężko znienawidzić – jest do bólu w porządku. W taki sposób, że słuchając tego albumu myślisz sobie: „i co, i to wszystko, mogę założyć zespół i godzinę później zagrać lepiej”, ale nie zrobisz tego, bo zaraz matura, bo idzie sesja, bo jutro do pracy. No życie. The Strokes odegrali cząstkę The Velvet Underground w taki sposób, na jaki nasze post-pluskwomilenijne czasy sobie zasłużyły, a ja lubię te czasy bardzo.

„Comedown Machine”, to już ich piąta płyta i za każdym razem schemat wygląda następująco: debiut, coś tam, wydawnictwo bieżące. Tak, to prawda, że na „Angles” powiało wiosenną bryzą i to w niebywałych okolicznościach – Casablancas, mózg zespołu, pozostawił kolegów na pastwę ich własnej kreatywności, a partie wokalne przesłał im za pośrednictwem e-maila. Nawet dali radę. W przypadku tegorocznego albumu proces nagrywania wrócił do normy, ale frontman wciąż wydaje się nieobecny – tym razem duchem. Julian, o czym myślisz? O cyckach, o blantach, o niezapłaconym mandacie za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym? Niestety nie – po głowie chodzi mu planowany window shopping w galerii handlowej. Z kolegami z zespołu. To nie tak, że uważam to za coś złego, godnego skreślenia The Strokes, ale w przypadku debiutu kontekst był tak istotny, że kiedy go zabrakło, to niewiele zostało. Dobrze, że szukają czegoś innego i to w wielu miejscach na raz; dobrze, że poszli z brzmieniem dalej – dosłownie, bo do ery disco i lat ’80 (chociaż nie do końca, bo w zamykającym „Call It Fate, Call It Karma” wracają do bazy Pearl Harbor – ee?), ale no ludzie, więcej życia, chęci, przekonania. Nie chcę, żeby sięgali do korzeni, bo tego na „Comedown Machine” też próbują i tak tym żyją, jak nasi z Ukrainą w siódmej minucie. Przyznaję przy tym jednak, że kiedy Casablancas swoją trademarkową ekspresją pyta „why’s she telling me the story of her life” w „50/50”, to odczuwam lekkie pobudzenie pierwotnych instynktów i dopowiadam sobie resztę: „last night, she said” ‘oh baby I feel so down’”. Ach, jeszcze dwanaście lat i pokocham w końcu ten debiut.

The Strokes jeszcze nie dzielą losu z innymi nowymi – to znaczy, starymi już – rockowymi rewolucjonistami. „Comedown Machine” może być wprawdzie małym wydarzeniem, ale wciąż wartym odnotowania – w 2013 roku! Nawet, jeżeli posłużyć ma to jedynie kolejnemu rozważaniu nad historyczną relewantnością „Is This It”. Niebawem ukaże się również nowy album Yeah Yeah Yeahs. Tak w ogóle, to który ich z kolei? Trzeci? Czwarty? Czwarty chyba, ale jeszcze sprawdzę. No właśnie.

esko


strk-cov

  1. Tap Out [3:42]
  2. All The Time [3:01]
  3. One Way Trigger [4:02]
  4. Welcome to Japan [3:50]
  5. 80s Comedown Machine [4:58]
  6. 50/50 [2:43]
  7. Slow Animals [4:20]
  8. Partners in Crime [3:21]
  9. Chances [3:36]
  10. Happy Ending [2:52]
  11. Call It Fate, Call It Karma [3:24]

Całość: 39:49


Skład: Julian Casablancas – wokal; Nick Valensi – gitara; Albert Hammond, Jr. – gitara; Nikolai Fraiture – bas; Fabrizio Moretti – perkusja


Data wydania: 26 marca 2013

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s