My Bloody Valentine – m b v (2013)

mbv-bnd

Czekając na muzyczną rewolucję, młody chłopak wspomina z łezką w oku dawne czasy. Dla niego życie jest prostsze, poukładane niczym folder „Muzyka”: pop (kiedyś był lepszy), rock&metal (granice coraz mniej widoczne!), hip hop (to nie muzyka), elektronika (NIN i coś tam jeszcze), klasyczna (Mozart, Beethoven, soundtrack Halo) i jazz („Jazz w wolnych chwilach”). Czekając i czekając na muzyczną rewolucję…  Przyszedł czas wziąć gitarę w swoje ręce i przypierdolić jak Kopernik w „O obrotach ciał niebieskich”, ale nie da się, nie można – wszystko już wymyślono. Pozostał recykling. TV4 wznawia emisję „Czarodziejki z księżyca” – w jednym z odcinków czarodziejka z Marsa pokonuje przeciwnika krzycząc coś w stylu „shibuya-kei shoegaze vaporwaaaveee”, wypuszczając jednocześnie wiązkę potężnej energii. Adorno pada – na jazz miał metodę, ale to już jest ponad jego siły. Co się dzieje, gdzie zmierzamy? Dysk twardy jako półka? Błąd, chmura jako półka. Kryzys tożsamości? Ziomek, przełom wieków jest sooo 2000. I w sumie nie wiem do czego zmierzam.

2 lutego bieżącego roku, to dzień, w którym rytualne podejście do przesłuchiwania albumów w ich fizycznej postaci (Apollo Creed) doznało kolejnego ciosu od cyfrowej rzeczywistości (Ivan Drago). Zamiast oficjalnego komunikatu, takiego z pompą i w ogóle, ujrzeliśmy twittopodobną – jak gdyby 22 lata nic – informację na Facebooku o możliwości zakupu m b v jeszcze tego samego dnia. Żadnego wypadu do sklepu w dniu premiery, uszy kojącego szelestu zdejmowanej folii i zapachu książeczki z tekstami. Ściągnij, wypakuj tutaj, odtwarzaj. I bardzo dobrze. Szaleństwo podczas ostatnich godzin oczekiwania było przednie – wiem, co mówię, bo sam wziąłem w nim udział i m.in. przez nie ujebałem egzamin. Nie żałuję!

m b v, to efekt procesu długiego, rwanego i frustrującego dla Kevina Shieldsa i reszty zespołu oraz samych fanów – tych nowszych i tych najbardziej wytrwałych, z których ekscytacja zdążyła uciec 22 razy w ciągu 22 lat. Ciężko w takiej sytuacji o chłodną ocenę. Tym bardziej, że mówimy tu o następcy Loveless – płyty ważnej, wpływowej… Jednej z najważniejszych, jednej z najbardziej wpływowych? W każdym razie nie ma wątpliwości, że Loveless jest na osi czasu oznaczone wielką kropą. Okładka i tytuł nowego albumu jako pierwsze z tego powodu ucierpiały i choć faktycznie sprawiają początkowo wrażenie wymyślonych w pośpiechu, najwcześniej dzień przed premierą, to nieumyślnie (a może umyślnie?) komentują całą spinę oraz oczekiwanie na kolejną wielką kropę i proponują odciąć się od wszelkich skojarzeń. Dobre, dobre. Gorący, pobudzający libido róż z gitarą w tle kontra zimny niebieski z pofragmentowaną pamięcią. Mówi się, że widzisz okładkę Loveless i już wiesz, jak brzmi ich muzyka. „Cóż, chyba znowu to zrobili” (ktoś powie: muzyka chujowa, więc okładka doskonale to oddaje – a idź ty).

Tżżżżżżż, tu tu tu, żżżżąąąąąąąą, ???, haaaaa, like a ???

My Bloody Valentine wciąż są prawdopodobnie najlepszym – a przynajmniej najciekawszym – przedstawicielem shoegaze’u w mieście. Wciąż łączą muzykę pop z odwiertami. Eksperymentują, hałasują w najsłodszy możliwy sposób i wyciskają ostatnie soki z możliwości, jakie dają im instrumenty i studio. Po trzech utworach, w których maestro Shields serwuje nam gitarową hipnozę, jesteśmy wreszcie świadkami fabularnego twistu – akcja „Vanilla Sky” przenosi się na pokład Discovery One („Is This and Yes”), po czym uświadamiamy sobie, że przecież śnimy i nagle stajemy się panami własnego losu. Zespół My Bloody Valentine – ukrywający się pod tajemniczą nazwą The Stone Roses – jako honorowy gość rozdania nagród Grammy („New You”)? Ja też się nie spodziewałem! Wszystko jest możliwe. A tego, co się dzieje podczas „Wonder 2” nie oddadzą żadne słowa…

mbv

esko


mbv-cvr

  1. She Found Now [5:06]
  2. Only Tomorrow [6:22]
  3. Who Sees You [6:12]
  4. Is This and Yes [5:07]
  5. If I Am [3:54]
  6. New You [4:59]
  7. In Another Way [5:31]
  8. Nothing Is [3:34]
  9. Wonder 2 [5:52]

Całość: 46:37


Skład: Bilinda Butcher – gitara, wokal; Kevin Shields – gitara, wokal; Colm O’Ciosoig – perkusja; Deb Googe – bas


Data wydania: 2 lutego 2013

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s